Samochodem po Europie (październik - listopad 2007) - Malta i Sysylia

28.09.2007 - 02.10.2007
Przenurkowaliśmy 5 dni.

Opis nurkowania można zobaczyć tutaj:
Nurkowanie na Malcie

Parę słów o samej Malcie.
Mnie ona rozczarowała. W Buggibbie tłumy turystów, a jest po sezonie, koniec września, początek października. Turyści to w 90% emerytowani Anglicy, jest tez trochę Niemców. Mnóstwo knajp, jak to w miejscowości turystycznej, ale drogo i jedzenie dość przeciętne. Generalnie królują bardzo drogie ryby i frutti di mare, powyżej 15EUR za żarcie. Z lokalnych potraw tylko 2 dania, królik w sosie winno-czosnkowym (dobry) i jakiś zawijaniec wołowo-szynkowy, tez dobry, którego nazwy nie pamiętam. Poza tym dość przeciętne pizze i pasty.

Żarcie sprzedawane w sklepach jest okropne, wszystko pakowane i z konserwantami. W porównaniu do Włoch, wybór jest mizerny, na dodatek np. ser i kiełbasa przechowywane są w niektórych sklepach w lodówkach, ale nie działających. Tak że standard sklepowy zdecydowanie Egipski.

Sama wyspa pagórkowata, skalista, spalona słońcem, bardzo mało zieleni. Miejscowi mieszkają w miasteczkach, nie ma domów wolnostojących poza miastami. Ponoć sprzedaż ziemi regulowana jest centralnie, ziemi jest bardzo mało i nie da się dostać pozwolenia na budowę.

Zabudowa miasteczek jest bardzo gęsta, kilkupiętrowa, wszyscy mieszkają zamknięci żaluziami, bo sąsiada maja 4m po drugiej stronie ulicy. Bez sensu. Z tego też powodu jest głośno, chociaż knajpy działają tylko do północy i potem robi się lepiej.

Na nurkowania sporo jeździliśmy, drogi główne ok., boczne są strasznie zniszczone. Wszędzie sporo śmieci, generalnie Malta jest czymś pośrednim miedzy Egiptem a Sycylią. Są też plusy, ludzie są mili no i wszyscy oczywiście mówią po angielsku.

03.10.2007
Tak zwany free day, czyli dzień na suszenie sprzętu i niewielkie odespanie się.

W zasadzie cały dzień łaziliśmy w okolicach bazy, od czasu do czasu zaglądając do nie w celu przewrócenia sprzętu na druga stronę. W zasadzie tu na Malcie nikt inny tak dokładnie sprzętu nie suszył, rozumiem że robili to potniej w domu, ale przed nami jeszcze 3 tygodnie drogi i nie chcę hodować grzyb w torbie nurkowej. Zgłasza, że piszę to tydzień później i do torby nie zaglądałem, więc nigdy nie wiadomo. W ciągu dnia próbujemy zabookować miejsca powrotne na prom i tu niespodzianka, jutrzejszy wieczorny prom jest odwołany, możemy płynąc dziś, ale do promu zostało 3 godziny, a my nie spakowani, więc odpada. Jesteśmy wkurzeni, to jest słynna włoska organizacja, nie dalej jak 6 dni temu potwierdzaliśmy rozkład i prom był. Decydujemy się na jutrzejszy poranny prom, kurcze, znów brak snu.

Mam zatkane uszy, ostatniego dnia nurkowego było mi zimno w głowę, trzeba przejść na kaptur.

04.10.2007
Uszy mam zatkane, na dodatek noc była straszna, prawie nie spałem, mam zapalenie ucha środkowego i to obu uszu, bardzo boli. Biorę wszystkie prochy które mamy, w tym antybiotyk i jadę na Ibupromie, bo inaczej nie da się wytrzymać.

Pobudka 5:45, brak śniadania, prywatny samochód załatwiony przez bazę nurkową sprawnie zawozi nas do portu w Vallettie. Prom nadal dobry i nadal drogi, jemy jakieś potwornie drogie kanapki i kawę.

W porcie chwila niepewności, czy jest samochód? Jest, czeka, żadnych problemów. Oczywiście z torbami wysiada tylko kilka osób, reszta to wycieczki. Chyba normalni ludzie łatają tu samolotem ;-).

Jesteśmy zmęczeni, bardzo bola mnie uszy, więc wracamy do hotelu w Pozzallo, w którym spaliśmy tydzień temu i idziemy spać. Padamy na godzinę, ale ok. 13:00 już nie wytrzymuje i wyłażę na słońce pogrzać trochę uszy. Trzeba było iść do lekarza na Malcie, przynajmniej tam gadają po angielsku, ale chcieliśmy już wrócić na Sycylię no i promy nam pozmieniali, a przecież oczywiście miałem nadzieje, że nie będzie tak źle.

Szybka decyzja, chce do lekarza. Oczywiście właściciel hoteliku a ni jego zona po angielsku ni słowa. Na migi dogadujemy, że proponują 118, czyli miejscowe pogotowie. Ja chce prywatnego lekarza, w nadziei że będzie chociaż coś mówił po angielski, ale nie potrafimy się dogadać. W końcu właściciel zawozi nas swoim samochodem na lokalne pogotowie i tak rozpoczyna się moja krótka przygoda z włoską służbą zdrowia.

Pogotowie malutkie, nikt nie mówi po angielsku, znajdują mi jakąś unijna wielojęzyczną broszurę dla ofiar wypadków. Długo coś w niej szukają, w końcu otwierają gdzieś w środku, czytam pierwsze zdanie i nic nie rozumiem, kurcze, to przecież po włosku!. Ale ok., dalej jest niemiecki i angielski.
- Hmm, "Gdzie cię boli?", no to pokazuje na uszy, ale to pokazywałem i bez tego.
Znowu szukają.
-"Czy brałeś jakieś leki?" Wysypuje prochy na biurko, miałem ze sobą jakiś uniwersalny antybiotyk, to zacząłem go brać. Jak się okazało później był całkiem dobry i na temat.

Znowu poszukiwania i rezygnacja, bardziej zaawansowanych rozmówek w książeczce brak. Na migi i po angielsku tłumaczę, że to od nurkowania, o dziwo kierowca jednej z karetek zna może 100 słów po angielsku (reszta nic). Główna pani ogląda mi uszy, coś się naradzają no i muszę jechać do szpitala.

Jak musze to muszę, ok., właściciel pensjonatu zabiera nas do samochodu i jedziemy. Ale coś on się robi coraz bardziej zły? I już wiem: jedziemy prawie godzinę, szpital jest w innym mieście. ;-).

Szpital niczym się nie rożni od polskiego: obskurnie, mnóstwo personelu słania się bez określonego celu lub nosząc jeden papierek oraz duże kolejki na izbie przyjęć. W sumie siedzieliśmy ze 3 godziny, a nasz właściciel hotelu ze 3 razy wszczynał bardzo barwne dyskusje chyba o szybkości i jakości włoskiej służby zdrowia, z wykrzykiwaniem coś w stylu "imposible i mamma mia" ;-), aż cały się gotował.

Zaszczycił mnie przyjęciem chyba sam Ordynator, bo wokół niego biegało stado jakiś lekarzy, a w ciągu 20 minut załatwił on z 10 podpisów, odebrał tyleż samo telefonów i co najmniej 5 innych lekarzy skonsultował. No ale przynajmniej był miły i dobrze mówił po angielsku, za co od razu go pochwaliłem - trzeba promować znajomość języków.

Wynik wizyty prosty: zastrzyk przeciwbólowy, a zapalenie jak zapalenie - dalej brać antybiotyk i panadol, aż w końcu przejdzie. ;-)

Parę słów należy się Pozzallo:
Miejscowość niewielka, centralna ulica straszliwie zatłoczona skuterami i bardzo hałaśliwa w weekendy. Poza tym poza sezonem panuje tam senna atmosfera, jest duża plaża i parę knajp z bardzo przyzwoitym jedzeniem i naprawdę dobrą pizzą neapolitańską w cenach poniżej warszawskich. I chociaż w jakimś ostatnio oglądanym amerykańskim filmie mafiozo przemawiał na tle tablicy "Prefettura di Pozzallo", to nie ma to wpływu na zwykłych turystów i warto tu zajechać na parę dni.

05.10.2007
Uszy nadal mam zatkane i czuje się tak sobie. Na dodatek właścicieli pensjonatu jadą na urlop i zamykają interes. Co robić, ok. 10:00 wyjeżdżamy do Taorminy, małego turystycznego miasteczka 50 km nie dojeżdżając do Messyny, podobno najlepszego kurortu na Sycylii.

Po drodze zwiedzamy Syrakuzy, bardzo ładne portowe miasto. Warto zajechać!

Po zjechaniu z autostrady większość dróg na Sycylii jest bardzo kręta i malownicza, tutaj na dodatek droga prowadzi wysokim klifem nad brzegiem morza, widoki wspaniałe! Przejeżdżając przez Taorminę nie widzimy żadnego hotelu poniżej 4 gwiazdek, zresztą i tak nie ma gdzie zaparkować, na dodatek straszne tłumy, w końcu jest niedzielne popołudnie.

Tańsze hotele są zazwyczaj na obrzeżach miasta, wracamy więc trochę i po paru minutach wjeżdżamy do Guardii-Naxos, miasteczka z równie ładnymi plażami, ale z mniejszą ilością turystów. Po sprawdzeniu paru hoteli trafiamy do "Villa St. Antonio" (dwójka 50EUR) na obrzeżach na wzgórzu. Wygląda naprawdę jak willa, cicho, pokój mały, ale schludny, do nadmorskiej promenady 8 minut spacerem.

Na promenadzie z jednej strony są plaże, niektóre publiczne, niektóre hotelowe. Publiczne są płatne, ale ładne i wysprzątane, z leżakami i prywatnymi kabinkami, dość drogie (2EUR leżak, 2EUR parasol, 8EUR kabina). Widok z plaży piękny: dalszy fragment brzegu z górami, na których przyklejone są całe miasteczka.

Promenadą dochodzimy do supermarketu, gdzie kupujemy lokalne specjały: 2 rodzaje sera, prosciuto, wędzone czarne oliwki (znakomite!), pomidory, chleb i to wszystko zjadamy na kolacje razem z Egerskim winem - super.

06.10.2007
Wyruszamy do Etny, nie bierzemy żadnych wycieczek zorganizowanych, jedziemy samochodem bezpośrednio pod kolejkę linową. Trzeba powiedzieć, że droga do kolejki jest długa, kręta i męcząca, więc pod kolejka jesteśmy dopiero o 12:00. Parking na szczęście bezpłatny, przy sklepikach z pamiątkami, ale prawie pełny - w sezonie może być kłopot z miejscami. Po przebraniu się w ciepłe ubrania (przyjeżdżamy w szortach i podkoszulkach), na górze jest zimno i bardzo wieje, kupujemy bilety po 48EUR od osoby(zdzierstwo!) w które wchodzi przejazd kolejką, podjazd jeszcze wyżej Unimogiem lub podobnymi, ale nowszymi, większymi i znaczniej bardziej komfortowymi busociężarówkami i przejście po krótkiej oznaczonej trasie z przewodnikiem.

Kolejka prowadzi z 1900mnpm do 2600mnpm i funduje ładne widoki, ale dopiero po przejechaniu samochodem na 2900mnpm czujesz się jak na marsie - wokół wyłącznie pagórkowata przestrzeń w szaro-bronzowo-czarnym kolorze. Od czasu do czasu widać kratery, a z niektórych miejsc wydobywa się dym.

Standardowa wycieczka nie obejmuje podejścia do głównego krateru na 3323mnpm, oczywiście ze względów bezpieczeństwa ;-), ale widać jak niektórzy zmierzają w tę stronę, chociaż formalnie szlak był zamknięty. Nam wystarczyło 2900mnpm: można tu zobaczyć stare kratery, a w niektórych miejscach ziemia jest ciepła.

Na górze było naprawdę zimno i wiał mocny wiatr, a niektórzy przychodzili w szortach - brr. Jak się jechało kolejką lub Unimogiem, to było widać jak niektórzy wchodzą, w kłębach pyłu wulkanicznego, na piechotę. Podziwiam za samozaparcie, ale czy jest w tym sens?

Po spędzeniu 3h na Etnie zaglądamy na 2 godziny do Catanii - koszmar. Tłok, żadnych reguł na drodze, długo szukamy jakiegokolwiek miejsca do zaparkowania w centrum. W końcu przypadkiem zajeżdżamy na boczny parking gdzie właśnie ktoś wyjeżdża. Oczywiście nie mają parkomatów (jako jedyne, z tych co odwiedziliśmy, miasto we Włoszech), tylko system biletów-zdrapek kupowanych w kioskach. System debilny, nie bardzo wiadomo gdzie kupić "zdrapkę", a potem co zdrapywać. Przy pomocy pań z miejscowej straży miejskiej w końcu zdrapujemy odpowiednie kwadraciki (ale tylko na 2 godziny, nie podoba mi się tu, nie chce tu nocować) i idziemy zobaczyć okolicę.

Szybko obchodzimy parę przecznic, idziemy w stronę centralnego Piazza del Duomo ulicą Etnea, jak sama nazwa wskazuje prowadzącej od Etny. Sporo ładnych barokowych budynków, na Piazza ładna katedra.

Ale atmosfera miasta nadal mi się nie podoba. Jest niedziela, mnóstwo ludzi, w tym dziwnie wyglądającej "gangowej" młodzieży, jeszcze więcej skuterów na ulicach, brudno. Ludzi wyglądają na zatroskano-agresywnych, nikt się nie uśmiecha i wszyscy gdzieś pędzą.

Catania, to w sumie jedyne miejsce we Włoszech, gdzie może nie czułem się zagrożony (ale bliski tego), natomiast na pewno czułem się zdecydowanie nieswojo. Jak najszybciej opuszczamy więc Catanię i szukamy noclegu jadąc wzdłuż morza do Messyny. Śpimy w Stazzo, w hotelu ładnie zrobionym w stylu "dworkowym". Malutkie senne miasteczko jest bardzo charakterystyczne: przystań, kościół, kilka restauracji i pizzerii oraz bar na "rynku". Ludzie jedzą, piją, gadają, w coś grają - to jest absolutnie inne życie niż w dużym mieście. Ale czy długo bym tak wytrzymał - pewnie nie, zanudziłbym się na śmierć. O czym oni rozmawiają, przeciecz dzień w dzień jest u nich tak samo!? To taki "Dzień Świstaka"! ;-)

Drukuj

Portfolio