Samochodem po Europie (październik - listopad 2007) - Włochy

07.10.2007
Dziś opuszczamy Sycylię i jedziemy na północ, zaczyna się druga cześć naszego wyjazdu, czyli będzie coraz zimniej. Z powodu mojej choroby jesteśmy mocno spóźnieni, od kilku dni jeździliśmy w kółko po Sycylii i noszę się z zamiarem nie jechania do Portugalii. Chcemy jednak zdążyć na wybory w Polsce, czasu zostało nie całe 2 tygodnie, musiałbym wyłącznie prowadzić, a nie widzę w tym sensu. No ale jeszcze się nie zdecydowałem , więc dziś postanawiamy wyłącznie jechać i trochę nadrobić straty czasu.

Jak na złość pogoda deszczowa, chociaż na Sycylii nadal ciepło. Bardzo długo czekamy na prom, tym razem jest on bardzo duży i długo tez czekamy na jakie takie, może 50% zapełnienie go samochodami. Pokład samochodowy jest kilkupiętrowy, jest tez pokład kolejowy, zapełniony TIRami. Wjazd na prom dość skomplikowany, przypomina rękawy na lotnisku, które są zestawiane w zależności od wielkości promu i "piętra" na które wjeżdżamy. Bardzo wąsko i 90 stopniowe zakręty. Mercedes 500 przed nami ma duże problemy ze zmieszczeniem się w tych korytarzykach i zakrętach

Prom bardzo stary, cały się trzęsie, ale płynie. A na morzu mocna ulewa i ładne widoki zachmurzonej Sycylii.

A potem po prostu jedziemy autostradami, ciągle pada, dość spory ruch i ciągłe remonty, więc w sumie przejeżdżamy ok. 450km, ale uwzględniając promowanie wynik nie jest zły. Bardzo długo szukamy noclegu jeżdżąc tam i z powrotem nadmorską drogą i już po ciemku decydujemy się na spanie w Villamare w jedynym otwartym hotelu przy drodze (chociaż mi się on nie podoba, po drugiej stronie są tory, ale nic innego nie ma) niedaleko Sapri, gdzie jedziemy na kolacje. Tu już widać, że jest po sezonie, wieczorem robi się chłodno, a zdecydowana większość hoteli jest zamknięta. Na kolacje idziemy do bardzo lokalnej knajpy, gdzie miejscowi oglądają piłkę, a my zajadamy się wspaniałymi spaghetti frutti di mare.

Wieczorem po długich namysłach postanawiamy odpuścić sobie jazdę do Lizbony, pozostać we Włoszech i wrócić do domu przez Austrię i Niemcy.

08.10.2007
Dziś jedziemy zwiedzić Pompei i dalej na północ; nie mamy koncepcji gdzie dokładnie będziemy spać. Do Neapola nie jedziemy, nie chce mi się znów prowadzić w tłoku i chaosie na ulicach. Przewodnik Pascala zresztą wypowiada się o Neapolu dość kiepsko - bardzo wysoka przestępczość - więc odpuszczamy sobie.

Zwiedzamy Pompei, całkiem ciekawe, ale bardzo duże, na dokładne zwiedzanie potrzebny pełny dzień. Dianie bardzo się podoba, mi mniej. Ile można oglądać kamiennych murków wysokości 2 metrów? ;-). W sumie należy rozważyć wynajęcie przewodnika lub po prostu doczepienie się do jakiejś wycieczki - potrzebna jest spora wyobraźnia, a jak przewodnik opowiada jak wielkie wspaniałości były w dzisiejszej kupce kamieni ;-), to jakoś łatwiej to sobie wyobrazić. Pompei to ogromna otwarta kamienna przestrzeń bez drzew, a ruiny domów nie mają dachów - w lecie zwiedzanie tam to jest masakra.

Diana dopisuje, że jednak niektóre domy zachowały się lepiej i nawet widać posągi i freski na ścianach. Jak widać oceną Pompei my się różnimy, warto jednak chociaż na kilka godzin tu zajechać.

Mocnym popołudniem wyjeżdżamy z Pompei: postanawiamy minąć Neapol i poszukać tańszego spania dalej na północ. Wypadek nie pozwala nam wjechać na autostradę prowadzącą wzdłuż morza w kierunku Neapolu, na kolejnych wjazdach są straszne korki, które po prostu stoją. Rezygnujemy i postanawiamy objechać Wezuwiusz od prawej, od strony lądu. Niestety dookoła Wezuwiusza nie ma za dużo dróg, nawigacja wariuje, kierując nas z powrotem na wjazdy na autostradę, od których właśnie staramy się uciec. Co chwile się gubimy, czasami kręcąc się w kółko, więc musimy stawać i korygować nawigację: ona zupełnie nie jest przystosowana do takich przypadków, nie da się wyłączyć fragmentu drogi z obliczeń trasy. Wszędzie straszne korki i chaos, chyba coś poważniejszego stało się na autostradzie i objeżdżamy nie tylko my. Chyba że to "normalne" poniedziałkowe popołudnie w okolicach Neapola, to wtedy jestem wręcz zachwycony, że nie pojechałem do samego miasta, bo nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co się tam dzieje.

W końcu pakujemy się w jakieś koszmarne robotnicze dzielnice pełne śmieci - takich gór śmieci leżących wzdłuż drogi nie widziałem nigdzie na świecie, a potem w dzielnicę Fashion Outletów, ciągnącą się kilometrami. Okolica fatalna, brak hoteli, a jest już ciemno. Postanawiamy wiec wyrwać się z tego chaosu i pojechać do czegoś bardziej turystycznego, gdzie łatwiej będzie o nocleg. Decydujemy się zrobić dodatkowe 70km i jedziemy do Benevento, zachęceni nieco Pascalem, opisującym Benevento jako ciekawe starożytne miasto.

Benevento to super niewypał, "miasto duchów" jak powiedzieli nam później miejscowi z Orvieto. Załatwiamy miejsca w jakimś starym czterogwiazdkowym hotelu, bo innych w okolicy nie widać. O 20:00 na ulicy żywej duszy, wszystko pozamykane, nawet nie ma gdzie zjeść. Jemy w końcu w dziwacznej knajpie, w której jesteśmy tylko my, bardzo drogie makarony i idziemy spać.

09.10.2007
Dziś jedziemy do Orvieto, już w Umbrii Wyprzedzając opis: warto to miasto zwiedzić, ponieważ ma ono swój klimat i jest niesamowicie położone, chociaż przed wyjazdem do Włoch nie miałem pojęcia, że takie miasto w ogóle istnieje.

Rano mijamy obwodnicą Rzym, odwiedzając tylko supermarket - zakupy podkoszulków (nie chce mis się prać) i czegoś do jedzenia na wieczór. Po południu dojeżdżamy do Orvieto. Miasto jest niesamowicie położone na płaskowyżu wystającym z okolicznych równin na jakieś 50-100m. Prowadzi do niego jedyna droga, kilka ścieżek ze schodami i kolejka linowo-terenowa. Samochodem wjeżdża się na jedyny większy parking, niestety płatny, co jest największym minusem Orvieto, bo bezpłatnych parkingów tu nie ma. Na dodatek w lecie jest tu pewnie ogromny problem ze znalezieniem miejsca.

Dalej już na piechotę, miasto nie jest duże, ale bardzo małe tez nie, więc szukanie hotelu czuje się w nogach. Ceny są tu wysokie i nie zachęcają, zwłaszcza że chcemy zrobić sobie przerwę i zostać 2 dni. Jest już bardzo późno, więc w końcu decydujemy się na prosty hotel (częściowo w remoncie, więc ceny znośne) na uboczu, przynajmniej miła pani mówi po angielsku. Nie chcemy zabierać dużej torby ze sprzętem nurkowym do hotelu, więc badamy temat przeparkowania gdzieś bliżej. Niedaleko jest placyk przy liceum z miejscami na 10 samochodów, wieczorem zwalnia się tam miejsce, a pani z hotelu tłumaczy jak tam wjechać. Jak się później okazało, nie jest to trywialne, ulicy są jednokierunkowe i poplątane, nawigacja przy takiej szerokości ulic nie działa wcale, na dodatek niektóre ulice może o 20cm są szersze niż samochód, w życiu po takich nie jeździłem.

Po 50 minutach męczenia się najpierw "na azymut", potem z nawigacją, a na końcu z Dianą prowadzącą przed samochodem, jeżdżenia pod prąd i ulicami wyłącznie dla pieszych, poddajemy się. Nie wiemy jak tam trafić. Czasami wydawało nam się (i jak się okazało później słusznie), że jesteśmy parę metrów od potrzebnego nam placu, ale ulica skręcała w odwrotnym kierunku. Żeby do końca to odczuć, trzeba zwiedzić Orvieto, ale tam łatwo się zgubić nawet pieszemu. A mówię o powierzchni nie większej od 1km kwadratowego. ;-)

Łapiemy w końcu miejscowego, żeby pokazał nam drogę, ale nie mówi po angielsku. Po kilku nie udanych próbach wytłumaczenia, gramoli się na tył na torby i tak jedziemy. Po 50m znowu zgubiłem kierunek, wielokrotnie skręcając, ale po kilku minutach byliśmy w potrzebnym nam miejscu, uff. Jeszcze zapłacenie za 2 dni parkingu w parkomacie, jeść i spać.

10.10.2007
Odpoczywamy w Orvieto, miasto bardzo ciekawe, dobrze karmią, chociaż dość drogo. W dzień zwalają się tu tłumy turystów, ale wieczorem jest luźniej, mało kto widać tu śpi. Największa atrakcja jest duża katedra "w paski" ;-), z XIII w. z olśniewającą fasadą w misterne ornamenty, rzeźby i mozaiki - przepiękne. Freski w kaplicy przedstawiają Apokalipsę - podobnie najbardziej sugestywnie na świecie.

W Orvieto podają smaczną porchettę, czyli pieczone prosie z ziołami, pokrojone w plastry, które w bardzo prostej wersji z chlebem i miejscowym białym winem smakuje doskonale.

Znajdujemy na uboczu bar z darmowym wifi, wieczorami więc tam przesiadujemy i planujemy dalsza drogę, bookujemy trochę hoteli, zaczynamy tez myśleć o bookowaniu hoteli w Chinach. Tutejszy barman to miły gość, dobrze mówi po angielsku (ten bar to przystań jakieś angielskojęzycznej ludności, może jakaś szkoła dla obcokrajowców jest w okolicy), dyskutujemy z nim trochę o tym, jak męczy go mafia.

11.10.2007
Wyjeżdżamy z Orvieto w kierunku Florencji, zwanej po włosku Firenze i cholera ciągle nie widziałem gdzie jechać, bo ta franca Firenza zupełnie mi do Florencji nie pasowała ;-).
Po drodze po południu zwiedzamy krótko Sienę. Bardzo ładna katedra, znowu pasiasta ;-) i rynek w kształcie muszli, znany większości z gonitwy Palio di Siena.

Wjeżdżamy do Florencji. Bliżej centrum wszędzie wiszą zakazy wjazdu, "pesi zona" jak mawiają sąsiedzi Czesi, ale miejscowi jadą, jedziemy więc i my, jakoś do hotelu trzeba się dostać. Parking (garaż) to zdzierstwo -25EUR za dzień, przy tym nieznajomy gość bierze od ciebie kluczyki i odjeżdża twoim samochodem niewiadomo gdzie ;-). Ale hotel w strefie pieszej, a w okolicy znalezienie miejsca do parkowania graniczy z cudem.

Degresja samochodowa:
Włochy to nie Niemcy i nie Szwajcaria. Nie ma więc problemu z jechaniem na zakaz, chwilowym staniem na awaryjnych gdziekolwiek, wymuszeniem pierwszeństwa, jechaniem w nocy pod prąd lub w strefie pieszej, a na południu i na czerwonym zdarza się miejscowym przejechać i nikt z tego problemów nie robi ;-). A policję widziałem raz na autostradzie, nikt się tam nie czai w krzakach albo pilnuje 70ki na Gierkówce.

12.10.2007
Florencja, jedno z ładniejszych miasto na naszej drodze. Próbujemy dostać się do muzeów, ale do najważniejszych bez szans, olbrzymie kolejki. Ładna katedra z baptysterium na rynku. Wieczorem idziemy przez pół miasta do ponoć najlepszej pizzerii neapolitańskiej. Straszny ścisk i omal nie face control do wejścia, pizza powiedzmy dobra, ale bez przesady.

13.10.2007
Rano wyjeżdżamy (samochód wraca z garażu cały), po drodze zwiedzamy Pizę. Katedra, wieża i okoliczne budynki znajdują się na ogromnym wypieszczonym trawniki, a całość wygląda trochę sztucznie. Moim zdaniem przesadzili z restaurowaniem, teraz całość wygląda nierealnie. Wieża owszem, krzywa, a na całe zwiedzanie wystarczy godzina.

Wieczorem próbujemy dojechać do Parmy (tej od szynki). Po drodze mnóstwo farmofabryk, ale ceny noclegów dochodzą do 100EUR za 3*, powariowali od tej szynki i parmezana (też od Parmy). Jeździ tu sporo Ferrari, chłopaki widać nieźle zarabiają. W końcu szukamy zakwaterowania w górskiej miejscowości dalej od Parmy, St. Andrea Bagni. Miejscowość o tyle ciekawa, że kończy się w niej droga, dalej już tylko góry i lasy. W samej miejscowości jakaś lecznica czy to wodna, czy błotnista (zamknięta, po sezonie), absolutny brak turystów i bardzo czyste, świeże powietrze.

14.10.2007
Dziś jedziemy do Wenecji. Nie jedziemy autostradą, więc praktycznie cały dzień, za to za darmo i ładna okolica do pooglądania. Wieczorem dojeżdżamy do Mestre, miasta na lądzie najbliżej Wenecji.

Mestre ma dobrą całodobową komunikację pociągami i autobusami z Wenecją, poza tym przy hotelu można znaleźć miejsce do zaparkowania samochodu. Cała Wenecja jest strefą pieszą, a jedyne parkingi znajdują się od strony wjazdu przy przystankach autobusowych, są drogie i niemiłosiernie zatłoczone.

Dobrym pomysłem więc jest nocowanie w Mestre, ponieważ hotele w Wenecji są bardzo drogie, te tańsze są raczej kiepskie, a dociągniecie tobołów z przystanku autobusowego lub dworca kolejowego jest raczej męczące. Drugi minus nocowania w Wenecji, to wysokie ceny jedzenia w knajpach, poza tym wieczorna Wenecja to niewypał. Nic nie podświetlone, ciemno, zimno i tylko czasami przemknie dziwny menel.

15.10.2007
W dzień to zupełnie co innego, polecam, ale nie na długo, myślę że po 2 dniach się znudzi. Mnie o wiele bardziej bawiło przejechanie się tramwajem wodnym, widoki są na prawdę przepiękne, czuć rytm miasta i widać że rzeczywiście jest to miasto na wodzie. Bardzo fajne jest oglądanie i fotografowanie barek dostawczych i ich załóg - policja, poczta, DHL, taksówki - to wszystko motorówki lub niewielkie barki. Dostawy wszystkiego, co jest sprzedawane w Wenecji odbywają się najpierw drogą wodną, a potem ręcznymi! wózkami (wszędzie są mosty i schody) już bezpośrednio do sklepów i knajp, chyba że mają one (a dużo ma) swoją prywatną przystań.

Pływając, można zauważyć, że miasto jest zamieszkałe dopiero od 2 pietra. Ocieplenie klimatu i podnoszenie poziomu oceanów widać tu gołym okiem: partery są już zalewane albo co najmniej podmokłe, a widać i na 1 piętrze nie jest za ciekawie z wilgocią.

Natomiast łażenie na piechotę przy ulicach szerokości 1-2m nie ma sensu, nie ma czego oglądać prócz wystaw sklepów dla turystów, a jedyną otwartą przestrzenią jest plac św. Marka z okolicą oraz fragmenty nabrzeża Canal Grande.

16.10.2007
Rano samochód nie odpalił, akumulator praktycznie zdechł, nie może przekręcić nawet pół obrotu. Skorzystałem z Assistance, po 1h przyjechała laweta i nas odpaliła. Podjechaliśmy do ich warsztatu, ale nas olano, mieli jakieś duży wypadek TIRów na autostradzie, znaleźliśmy więc po drodze serwis Fiata i za "jedyne" 110 EUR z wymianą Nissan dostał nowy włoski akumulator. No cóż, drogo, ale nawet nie miałem ze sobą kluczy, żeby go wykręcić. Zajęło nam to większość dnia: znowu padła pieprzona nawigacja, nie kupujcie Loox'ów, kupcie HP - chyba że problem w karcie Pretec'a - to dopiero syf, bo niby x133, a jest koszmarnie wolna. Ja na notebooku już mam gotową instalkę do wgrania na kartę, ale to paranoja i za długo trwa. Po południu gonimy autostradami i wieczorem jesteśmy w Mediolanie.

Dopiero teraz uszy mam ok.

17.10.2007
Milano, bardzo duże miasto, korki, wisi smog. Architektonicznie mi przypomina Budapeszt. Całkiem ciekawa, bardzo duża katedra.

Ale Milano, to przede wszystkim zakupy: mnóstwo wypasionych ludzi (sporo z nich to Rosjanie) biega po wypasionych butikach. My tez robimy sobie spacer po sklepach, ale zdecydowanie "windows shoping": widzieliśmy torebkę za ponad 11tys. EUR. Ale większość w okolicach 300-600EUR, wiec nie tak drogo. ;-)

Przechodzimy obok "La Scali", która w rzeczywistości jest małym brzydkim budynkiem i żadnego wrażenia na mnie nie robi.

Wieczorem, błądząc po jakichś slumsowatych dzielnicach emigrantów, jemy w lokalnej knajpie typu "tanie obiady", gdzie jest tylko jedno danie: "tourist set". Ale za 11 EUR dostaje się talerz włoskich przekąsek, zupę, drugie danie, deser i 0.5l wina na dwie osoby. Za takie pieniądze prawdziwy wypas, a na dodatek super dobre jedzenie! Jak wychodzimy, przed knajpa stoi kolejka ze 30 osób, a właściciel błaga, żeby inni już nie stawali, bo nie będzie mógł wszystkich nakarmić. ;-))), a w końcu zabiera większość ludzi z kolejki i prowadzi do innej, jak mówi podobnej, knajpy. I śmieszne i miłe, a w Polsce nie spotykane.

18.10.2007
Startujemy dość wcześnie, jak na nas, goni nas czas, przed nami 1200km w 3 dni, a jeszcze chcemy zaliczyć Fashion Outlet we Włoszech i zwiedzić w Bawarii zamek Neuschwanstein.

Do outletu w Bergamo docieramy szybko autostradą i z zegarkiem w ręku dosłownie biegamy dwie godziny - na więcej nie mamy czasu. Ceny może i dobre, ale nie ma marek, które znam i tak w zasadzie nie mam co kupić.

I znów jedziemy, już na północ, w kierunku austriackiej granicy. Planujemy spać gdzieś na brzegu Lago di Garda, zjeżdżamy więc z autostrady i jedziemy wzdłuż brzegu w poszukiwaniu noclegu. Widoki przepiękne, ale większość hoteli wielogwiazdkowa albo zamknięta, więc dość długo szukamy noclegu. W końcu śpimy w Maderno w hotelu "Diana".

Długo szukamy kolacji, knajpy pozamykane, otwarte są kompletnie puste, a ceny zniechęcają. Po obejściu prawie całego miasteczka trafiamy do knajpy, zapchanej miejscowymi - oczywiście, jedzenie wspaniałe, a ceny ludzkie! Rano czuć już wpływy austriacko-niemieckie - na śniadanie jest normalne jedzenie, a nie croissant z kawą.

19.10.2007
Wyjeżdżamy wzdłuż jeziora w kierunku północnym. Po dłuższej jeździe i milionie rozjazdów znajdujemy w końcu autostradę na Insbruk i mkniemy w kierunku austriackiej granicy, coraz wyżej i wyżej. Po przejechaniu kolejnego długiego tunelu tuż przed austriacką granicą ogromny szok: wyjeżdżamy z tunelu już w zimie: śnieg pada i leży dookoła, a my jesteśmy w podkoszulkach ;-))). Szybkie wyszarpywanie ubrań z toreb w bagażnikach, dookoła wszyscy robią to samo ;-), i biegiem do budki z winietami. A dalej znów jazda autostradami, przejechanie płatnego Euro Bridge (nie wiem dlaczego akurat on jest płatny, we Włoszech takich na autostradzie są dziesiątki) i kolejnymi tunelami do Niemiec. Granicę Niemiec mijamy właśnie w tunelu, po prostu wisi znaczek "D" - ja rozumiem że Schengen i takie tam, ale to już przesada - żadnej powagi dla instytucji granicy. No ale cóż, my tez wchodzimy do strefy Schengen, wiec trzeba się przyzwyczajać.

Do Hohenschwangau przyjeżdżamy późno, przez zamknięciem kas, a ja już jestem na tyle zmęczony, że nie zależy mi na zwiedzaniu wewnątrz. Więc po dość męczącej drodze po pół godzinie dochodzimy do zamku Neuschwanstein. Zamek jest przepiękny, rzeczywiście jakby bajkowy. Niestety pogoda nie dopisuje, jest już prawie zima, pada deszcz i jest zimno. Ale tu na pewno jeszcze wrócimy latem.

Już po ciemku wyjeżdżamy w kierunku zabookowanego wcześniej hotelu w okolicach Monachium. Pogoda koszmarna, wali deszcz ze śniegiem, a widać może na 20m. Oczywiście mamy problemy ze znalezieniem hotelu. W końcu kwaterujemy się, hotel przy samej drodze, ale przynajmniej ma dobrą knajpę. Jemy coś miejscowego, popijamy weissbierem (znakomite!) i spać.

20.10.2007
Cały dzień jedziemy autostradami przez Niemcy, te na południu są lepsze i trzypasmowe (brak ograniczenia prędkości), przy granicach z Czechami i Polską gorsze i dwupasmowe, z ograniczeniem do 130km/h ;-). Ruch niewielki, a na autostradach przygranicznych wręcz pustki.

Granice Polski mijamy ekspresowo, potem ok. 500m autostrady, zwężenie do jednego pasa i omal nie urywam zawieszenia, wpadając w ogromne dziury. Taaaaak, przyzwyczaiłem się do dobrych dróg, więc czas się odzwyczajać: Poland, home, sweet home ;-)

Wieczorem ledwie żywy dojeżdżam do Żar, dziś rekordowy przejazd w czasie tego wyjazdu - ok. 700 km.

21.10.2007 - niedziela
Spokojnie jemy śniadanie i wyjeżdżamy - już wiemy, że na wybory zdążymy.
Najpierw 70km drogami lokalnymi, następnie z 250km nową autostrada, zbudowana w sposób absolutnie idiotyczny, ponieważ bramki opłat nie są na wyjazdach, tylko co 50km na samej autostradzie. Już widzę jakie korki tu będą w lecie. Natomiast drugi odcinek autostrady, ten "nowszy", bliżej Łodzi, jest bezpłatny - zabrakło pieniędzy na bramki?? ;-)

Autostrada, jak to w Polsce, prowadzi donikąd, czyli do Strykowa. A stamtąd kolejne 120km koszmarnie zatłoczonymi przez TIRy starymi jednopasmowymi drogami do Warszawy.

W Warszawie najpierw na wybory, po to tak się śpieszyliśmy, bo jak PO znów przegra, a pier****** PIS wygra, to ja chyba w Chinach zostanę! A potem do domu, spać, prać, trochę odpocząć i zbierać się dalej.

Za tydzień wyjeżdżamy do Chin!

Podsumowanie:
- czas trwania wyjazdu: 33 dni
- przejechaliśmy: 8075km
- spalanie: 6.8l drogi lokalne, 7-8l autostrady, max.. 8.7l w cyklu mieszanym
- ceny 95 benzyny: min. 1.2EUR - max. 1.42EUR
- cena 2*- 3* hotelu lub pensjonatu przy drodze: min. 45EUR - max. 85EUR (4*)

(tekst Samochodem po Europie - autorzy: Diana i Wład)

Drukuj

Portfolio