Samochodem po Europie (październik - listopad 2007)

Trochę zmęczyła nas praca i postanowiliśmy sobie zafundować 3 miesiące wakacji. W ciągu pierwszych półtora zwiedzimy ile się da Europy południowo zachodniej. Zaczynamy, ruszając na południe w stronę Chorwacji, gdzie mamy nadzieje jeszcze złapać ostatni tydzień sezonu i ponurkować.

Dalej droga prowadzi do Włoch i, mamy nadzieje, na Maltę i Gozo, gdzie też chcemy ponurkować na wrakach. Następnie wybrzeżem: Francja, Hiszpania, Portugalia i powrót "górą" przez Niemcy.

Taki był plan, który, jak to plan, oczywiście się nie sprawdził. A w rzeczywistości było tak:

Plan podróży w Google Maps

19.09.2007
No i w końcu wyjechaliśmy. Jak to nie śmiesznie brzmi - prawie o 17:00 19-tego września ;). Tak - mieliśmy wyjechać 18-tego i to rano, ale okazało się, że przygotowań było tak dużo, że nie wyrobiliśmy się. Wyjechaliśmy wieczorem tylko po to aby wyjechać - inaczej mogłoby być, że podróż przesunęła by się jeszcze o dzień lub dwa i wtedy moglibyśmy nie zdążyć na prom z Sycylii na Maltę i z powrotem, który ma w rozkładzie dziwną przerwę z końcem września.

W tym dniu około 22:00 dojechaliśmy za Rzeszów (okazuje się, że nasz Nissan jedzie nawet 150 km/h!) i przenocowaliśmy w motelu "Pod skrzydlami" - przed motelem stoi stary samolot, coś jak Li-2. Ceny jak na Rzeszów dosyć wysokie: 140 zł za noc w pokoju 2-os. ze śniadaniem, ale warunki bardzo dobre.

5h do Rzeszowa nie jest żadnym dobrym czasem, ale cała Polska nadal rozkopana, objazdy, ruch wahadłowy itd.

20.09.2007
Rano około 10-tej wyruszyliśmy za granicę...

Na Słowacji kupiliśmy winietę: tygodniowa 20 zł. Po drodze nie wiadomo czemu prawie wszystkie samochody dymiły, jak osobowe tak i ciężarowe. Naszym pierwszym celem zwiedzania był Bardejov - małe miasteczko z zabytkową starówką.

Jedliśmy tam w knajpce w piwnicy na samym rynku naprzeciwko ratusza. Jedzenie takie sobie, międzynarodowo-włoskie. Chcieliśmy zjeść coś miejscowego, ale nie było. Za dwa drugie dania, herbatę i napój - 360 Sk. Parkowanie koło starówki - 10Sk/g.

Przejeżdżaliśmy Presow - wrażenie jakby był strasznie przemysłowy - same fabryki.

Po drodze z Bardejova do Presova bardzo ładne widoczki gór.

Nie wiadomo czemu co kilkanaście km na Słowacji były znaki zwalniające do 20 km/h z ustawionymi szykanami! "Tabulki cislou" - powiedzieli nam pracownicy na drodze na pytanie po co musimy tak zwalniać aby na nas pogapiło się parę facetów w pomarańczowych kamizelkach. Co to znaczy - dokładnie nie wiem, widać coś bardzo ważnego robili z tymi tabulkami. Ale z ich gestykulacji i faktu ze nie są oznaczeni jakimiś znakami specjalnych służb wyszło, że chyba robią badania statystyczne - skąd i ile samochodów jeździ ich drogami. Koło Kośic nawet jest salon Hammera - w Polsce nie kojarzę aby był.

Jakby nie było nawigacji chyba byłoby ciężko.

Degresja kulinarna: trudno sądzić po jednym miasteczku, ale na Słowacji z jedzeniem chyba niewiele się poprawiło - jedzenie słabe, chociaż w Bardejovie ceny są niskie.

Węgry. Dopiero na stacji benzynowej ok. 25 km od granicy można było kupić winietę: 1500 HUF na 4 dni (ok. 23 zł). Znaki na drogach jeszcze mniejsze niż na Słowacji - chyba muszą wieszać lupy, bo napisy są bardzo małe.

Do Egeru dojechaliśmy nawet szybko, bo autostradą, całkiem dobrze oznaczoną. W Egerze skierowaliśmy się od razu do Szepasszony-volgy - ulicy która prowadzi do "winnej doliny". Ze znalezieniem noclegu opisanego w przewodniku Pascala (7.000 HUF bez śniadania, 8600 ze śniadaniem) mieliśmy trochę kłopotów. Niestety tutaj prawie nikt nie mówi po angielsku, więc kelner z knajpy (csardy) tego pensjonatu naciągnął nas na droższe śniadanie. Już w pokoju okazało się, że pokój ze śniadaniem kosztuje 7800 HUF (wisi cennik). Pokój bardzo prosty na piętrze na które prowadzą bardzo strome gwintowe schodki, więc bardzo dobrze że przepakowaliśmy wszystkie potrzebne rzeczy do jednej torby i nie trzeba było nieść na górę dwie.

Po kolacji w tej że csardzie (bogracz, smażony camembert, wątróbka gęsia i 2 kieliszki wina z sałatką) poszliśmy do winnic na wino.

Były już prawie wszystkie zamknięte, ale 2-3 winnice okazały się otwarte (była 21-sza). Cena za 2 kieliszki po 200ml - 6 zł (400 HUF), a za 1,5 l w plastikowej butelce - 12zł (800 HUF) - śmieszne. Dobrze że tu nie ma Polaków :). Po kupieniu wina "na drogę" poszliśmy spać.

W nocy było strasznie zimno i na zewnątrz i w pokoju - spaliśmy w ubraniach, bo kaloryfery nie grzały. Gospodarze tam nie mieszkają więc nawet nie było kogo poprosić o włączenie grzania - byliśmy sami w całej csardzie.

21.09.2007
Rano wstaliśmy około 8:30. Po śniadaniu (kawa, duże bułki, sery, mało jadalna kiełbasa i warzywa) pojechaliśmy jeszcze na chwilę do centrum Egeru zobaczyć starówkę. Chociaż trochę czasu nam na to zeszło, to warto było: w centrum przepiękna bazylika druga co do wielkości na Węgrzech, przed nią duże schody, na głównym placyku piękny kościół Minaretów - rewelacyjny widok. Z placu widać też zameczek z obronnymi murami.

W samym mieście bardzo dużo starych renesansowo-barokowych kamienic, więc trochę żałowaliśmy, że nie zostajemy na dzień więcej.

Około 11:15 ruszyliśmy dalej, do Chorwacji. Jechaliśmy głównie autostradą, żeby było szybciej, bo chociaż chcieliśmy w podróży być wolni od ograniczeń, to chęć zanurkowania na Malcie (nie wiedzieliśmy, czy promy z Sycylii na Maltę są codziennie) oraz odwiedzenia siostrzenicy Włada w Lizbonie określa nasze możliwości.

Degresja Nissanowa:
Przejechaliśmy przez centrum Budapesztu, zjeżdżając z autostrady i tracąc ok. 1,5h na miejskie korki, ale warto - miasto bardzo ładne. Byliśmy w Budapeszcie kilka lat temu w zimie i miasto zrobiło na nas ponure wrażenie, ale jednak nie, jest ładne, warto będzie kiedyś zajechać na dłużej. W Budapeszcie wpieprzyliśmy się w jakieś "kociołbowe" drogi i zdrowo nas wytrzęsło no i przed granicej zaczęło w Nissanie coś stukać w napędzie przednich kół. Wlazłem pod samochód - zgubiliśmy spinkę plastików osłaniających przeguby i przy mocnym skręcie kola ocierają się o plastik - trzeba będzie to zrobić.

Generalnie samochód zachowuje się dobrze, jest jednak trochę za głośny, są jakieś dziwne wibracje przenoszone od silnika, chyba poduszki silnika są do zrobienia - tego już przed wyjazdem nie robiłem. Jadąc autostrada powyżej 130km/h na godzinę zaczyna go lekko ściągać w prawo, do zaakceptowania, bo geometrii też nie zrobiłem ;-). Przy skrętach słychać prawy przegub albo łożysko - to mnie najbardziej martwi, mam nadzieje, że dojedzie z powrotem bez awarii.

Do bagażnika weszły nam trzy duże torby i trochę drobnicy, zabraliśmy sprzęt nurkowy, tak że z tego też jestem zadowolony. Auto nie jest aż tak duże, więc da się nim manewrować i zaparkować na ciasnych uliczkach Chorwacji i Włoch (o tym później), nie wiem jaką ma długość, a instrukcję mam od sedana, tam jest 4,46m, co było dobre na prom do Bari, bo za auta powyżej 4,5m (czyli za Accorda też) trzeba dopłacać 25EUR.

Zmierzone spalanie na zwykłej drodze, jazda 80-90km/h, mnóstwo TIRów - 6,9l/100km, autostrada 120-150km/h - 8l/100km. Jestem zadowolony, pali mniej niż Accord, ale jeżdżę spokojnie.

Na granicy między Węgrami i Chorwacją już nie było tak samo jak w Unii. Było 2 oddzielnych przejścia - węgierskie i po jakichś 300-400 m chorwackie. Zapomnieliśmy o tym i chociaż chcieliśmy wymienić pieniądze po chorwackie stronie, to w związku z tym że wydawało się nam że już tam jesteśmy, to wymieniliśmy je jeszcze u Węgrów ;). Ponieważ na chorwackie KUNy wymienialiśmy i węgierskie forinty i słowackie korony i złotówki, to pani z kantoru pomyliła się, a potem biegła za namiaby poprawić swój błąd..;).

Degresja autostradowa: piękne, dobrze utrzymane - dlaczego w Polsce tego nie ma?
Degresja kulinarna: jedzenie na Węgrzech, może i tłuste, ale dobre. I wino też.

Do miasteczka Varażdin (ok. 35 km za granicą Węgier) dojechaliśmy około 18-tej. Poszliśmy najpierw do opisanego w przewodniku biura informacji turystycznej. Niestety było już zamknięte. Ponieważ biuro znajduje się na starówce, która jest zamknięta dla ruchu samochodowego, to zdążyliśmy zobaczyć, że starówka jest bardzo ładna. Z trudnościami (około 1 godziny jeździliśmy od jednych "zimmer"ów do innych, niewiele tego, słabo oznaczone i wszystko zajęte, bo był jakiś miejscowy festyn), znaleźliśmy pensjonat za 425 KUN (bardzo drogo) za pokój ze śniadaniem. Chociaż domek z pokojami był przy samym przejeździe kolejowym, to warunki były bardzo dobre. Ale znowu piętro ze stromymi schodami! ;(

Po zakwaterowaniu poszliśmy znaleźć coś dobrego do jedzenia i tu czekało nas ogromne rozczarowanie. Po obejściu 3 razy prawie całej starówki nie znaleźliśmy żadnej restauracji! Więc musieliśmy wejść do jedynej w mieście pizzerii w stylu socjalistycznym. Ale pizza była nawet w miarę jak na tą cenę (bardzo tanio), choć trochę niedopieczona.

Ominęło nas jakieś przedstawieni w centrum, ale sytość chyba jest najważniejsza.. Widzieliśmy tylko najpierw przygotowania, a potem zwijanie całego przedstawienia - więc wiemy że byli jeźdźcy na koniach, ludzie w ubraniach z 17tego wieku itd. Za to załapaliśmy się potem na fajerwerki. Po wypiciu ciemnego piwa na ryneczku poszliśmy spać.

22.09.2007
Po bardzo dobrym i obfitym śniadaniu w pensjonacie pojechaliśmy do Zadaru. Prawie całość drogi autostradą.

W połowie drogi zjechaliśmy na Plitvickie jeziora - super widoki, tylko drogo - wejściówka 110 KUN/os. nawet jeżeli tylko chcesz zobaczyć wodospad (czyli trasa 45 min). Cała trasa zajmuje 6-8 godzin, więc można tam spędzić cały dzień. Na więcej niż wodospad nie mogliśmy sobie pozwolić jeżeli chcieliśmy przyjechać do Zadaru jeszcze za dnia.

Ale wodospad - rewelacja, Jeziorki i widoczki - super. Tylko bardzo dużo ludzi z wycieczek autobusowych, którzy strasznie przeszkadzają i robią tłok na trasie.

Poza tym dojazd do Plitvickich jezior był całkiem ciekawy - wg mapy miało być 34 km, a naprawdę okazało się, że tej skróconej drogi nie ma i trzeba było jechać serpentynami 66 km ale i tak warto było ;).

Do Zadaru przyjechaliśmy około 18:45. Znowu najpierw do informacji turystycznej. Chociaż główna opisana w przewodniku nie działała, to inna - tak. Więc skierowali nas do turystycznego biura, w którym po obdzwonieniu kilku miejsc znaleźli prywatną kwaterę za 120x2 KUN - nie mało, ale więcej nic nie było. Dali nam mapkę i narysowali dojazd. Niby parking nawet na ulicy w okolicy miał być darmowy. Wszystko byłoby fajnie z parkingiem gdyby nie sobota i fakt ze w soboty są zazwyczaj wesela. Obok naszej "babuszki" była restauracja, w której właśnie odbywało się wesele, więc wszyscy ich goście zaparkowali w okolicy. Przyszło nam zrobić 2 kółka póki zauważyliśmy, że jest 1 miejsce od razu na podwórku bloku, w którym mieliśmy mieszkać. Tam na nas czekała już "babuszka" - właścicielka mieszkania w którym mieliśmy wynajęty pokój. Bardzo miła starsza pani. Jak parkowaliśmy to byliśmy szczęśliwi że nie pojechaliśmy w podróż naszą Hondą, która jest dłuższa niż Nissan combi - parkowanie tutaj jest już na milimetry.

I znowu schody! Teraz na 2 piętro - koszmar. Chociaż torbę nosimy tylko jedną, ale wnosić ją codziennie po schodach - udręka.

Po zameldowaniu się w bardzo czystym i schludnym tylko małym pokoju poszliśmy jak zawsze na miasto. Starówka była w 10 minutach na piechotę przez podświetlany mostek nad zatoczką, w której parkują motorówki i inne małe i średnie łódeczki. Okazało się, że starówka jest bardzo bardzo ładna. Podświetlane wieczorem zabytkowe dzwonnice, kościoły i bazylika - piękne. Dużo spacerujących ludzi i siedzących w cafe-barach. Po drodze weszliśmy do supermarketu - kupić coś na śniadanie. Ale nie wiem czemu wszystkie ekspedientki w sklepie były naburmuszone - pewnie mają dosyć turystów.

Ale przecież wyszliśmy też zjeść kolację i tu problem: po półgodzinnym spacerze po starówce widzieliśmy tylko 2 fastfoodowe pizzerii, czyli "pizza cut" po miejscowemu, mnóstwo barów i ani jednej restauracji. Zdesperowani podeszliśmy do kelnerki jednego z barów i zapytaliśmy gdzie można coś zjeść. Powiedziała że za kościołem trzeb skręcić w lewo i po 15 metrach będą 2 rybne restauracje. Chociaż dokładnie w tym miejscu co ona powiedziała tych restauracji nie było, to po 20 minutach krążenia po starówce, kiedy już zaczęliśmy wchodzić do najmniejszych uliczek okazało się że właśnie w nich wszyscy siedzą. Tam znaleźliśmy 2 restauracje.

Byliśmy szczęśliwi i głodni więc usiedliśmy w pierwszej napotkanej restauracji. Tym bardziej że było napisane że podają rybę - przecież tu powinno to być ich miejscowym jedzeniem. Zamówiliśmy risotto z krewetkami oraz duszoną rybę z polentą. Niestety okazało się, że risotto jest kulinarną pomyłką - ryż z krewetkami i ketczupem nie był super smaczny tym bardziej kiedy w niego przez przypadek wsypało się pół pieprzniczki. Ale przynajmniej ryba była całkiem smaczna. Polenta okazała się być dużymi kluskami z kaszy mannej - też może być. Ceny niestety już nie były tak przyjazne jak w Varażdinie.

Najedzeni przeszliśmy się trochę po starówce i poszliśmy spać.

23.09.2007
Nazajutrz rano jeszcze w pokoju zjedliśmy śniadanie z tego co kupiliśmy poprzedniego dnia w markecie i zrobiliśmy kanapki na drogę. Miejscowe naturalne herbatniki były bardzo smaczne. Próbując pierwszy raz użyć mały podróżny czajniczek elektryczny prawie nie spaliliśmy korki - dobrze że właścicielka gdzieś wyszła na chwilę i nie słyszała. Nie wiadomo czemu przy włączeniu kabla do gniazdka nastąpił mały wybuch czajniczka - myśleliśmy że zostaliśmy bez kawy. Ale po powrocie babuszka dała nam wrzątku dla kawy - dobrze że nic nie zauważyła i nie wyczuła ;).

Właścicielka ma bardzo fajne imię i nazwisko- Katica Tuta - na pożegnanie dała nam wizytówkę.

Przed wyjazdem z miasta stwierdziliśmy, że warto zwiedzić jeszcze miasto w świetle dziennym i porobić parę zdjęć. Faktycznie warto było - starówka piękna. Szkoda że nie można było wejść na dzwonnicę - w niedzielę zamknięta.

Do Splitu zdecydowaliśmy się jechać drogą wolniejszą niż autostrada ale za to nadmorską - warto było. Co chwila przejeżdżaliśmy nadmorskie miasteczka z plażami, portami itd. Czasami droga szła w 3-5 m od morza, aby potem pójść na szczyt górki, z której widok na może i poniższe miasteczko zapierał dech w piersiach. Nawet ja nie wytrzymałam i wzięłam aparat w ręce i przez opuszczoną szybę próbowałam zrobić zdjęcia "w locie". Chyba nawet kilka wyszło. Jeden raz tuż przy moście stanęliśmy na zjedzenie kanapek - można było pójść i na spokojnie porobić zdjęcia. Szkoda że mamy tak mało czasu - takie piękne są wokół widoki.

Dojechaliśmy do Splitu około 16-tej. Tak jak mówił przewodnik skierowaliśmy się na centrum, gdzie dojechaliśmy do parkingu (3 KUN/g). Parking był tuż przy plaży miejskiej gdzie było sporo ludzi. Tutaj już czuło się morski ciepły klimat - około 24C w cieniu, a słońce świeci mocno cały czas.

Poszliśmy w kierunku starówki mając nadzieję znaleźć opisane biuro turystyczne, ale po drodze widzieliśmy kilka "sobe", czyli pokoi do wynajęcia. Nie pytaliśmy o cenę i miejsca ponieważ wokół był całkowity brak miejsc parkingowych. W ogóle w Splicie w centrum i blisko niego jest wielki problem z parkingiem przy ulicy ponieważ uliczki zazwyczaj są bardzo wąskie i dobrze jeśli jest chodnik. Starówka w ogóle jest wyłączona z parkowania. Zauważyliśmy przypadkiem agencję turystyczną zajmującą się apartamentami i kwaterami. Tam nam znaleźli w 10 metrach od nich kwaterę (pokój z łazienką w czyimś mieszkaniu) za 44 Euro - drogo, ale co robić. Był jeszcze wybór - apartament za 66 Euro - chyba nie warto - nie?

Pani z agencji znalazła nam też miejsce parkingowe obok- jedyne chyba - później jak chodziliśmy w okolicy ani przez chwilę nie pojawiło się wolne miejsce, nawet na następny dzień, kiedy teoretycznie ludzie mieli pójść do pracy.

Na miejscu było całkiem fajnie - łazienka odnowiona w nowoczesnym stylu. Nawet jest balkon. Tylko znowu 3! piętro, bez windy! A nam trzeba było wnieść 2 torby bo musieliśmy się przepakować. Było ciężko, ale daliśmy radę ;).

Od razu poszliśmy zwiedzać- póki jest jasno. Split - rewelacja! Pół starówki to były pałac Dioklecjana - pałac rzymski budowany w 300-400 r.n.e. Teraz w obrębie tego pałacu mieszka 3 tys. ludzi! Pałac był ogromny - 215x185 m. Pozostały po nim mury, niektóre świątynie. Byliśmy na górze dzwonnicy - trochę strasznie wchodzić takimi stromymi schodkami, ale widok z góry bardzo fajny - i na starówkę i na port i na promenadę - super!. Cała starówka, a tak naprawdę całe miasto jest wyłożone "kafelkami" - białymi kamieniami wypolerowanymi na błysk. Wiadomo że są bardzo stare. Uliczki są tak maluśkie że czasami wydaje się że nie mogą być uliczkami. Poza tym co jakiś czas są ciemne wejścia pod arkami, które okazują się być uliczkami i wyprowadzają cię do większej uliczki. W ogóle - pięknie!.

Na głównym zabytkowym placyku w ogóle jest stylowo - jest to "perystyl" - plac o kilkadziesiąt cm niższy niż poziom reszty ulic, więc wokół placyku są duże schody na których po bokach są ułożone poduszki od jedynej knajpki przy placyku. Więc można na tych schodkach posiedzieć, wypić piwa i poobserwować ludzi, których chodzi co niemiara. Co my i uczyniliśmy.

Po odpoczynku pooglądaliśmy promenadę zrobioną nowocześnie, ale też na biało - znowu kafelki białe ale duże i nowoczesne z białymi współczesnymi latarniami - na tle zabytkowych rzymskich kamienic i murów - super!.

Ale oprócz zwiedzania trzeba było jeszcze znaleźć knajpę na kolację - bo znowu zauważyliśmy, że jest mnóstwo barów, a restauracji nie bardzo. Na starówce przy "Narodnym placu" była super fajna restauracja gdzie pachniało dobrym jedzeniem, ale tutaj już ceny były dosyć wysokie (80 KUN za bardzo proste danie) więc szukaliśmy dalej. Udało się nam po 15 minutach znaleźć pustą restaurację w uliczce gdzie prawie nikt nie chodzi z cenami prawie o połowę mniejszymi. Udało się tam zjeść nawet miejscowe dania - pleskavicę (okazało się że jest to mielone wołowe mięso w postaci steka) i nadziewaną ryżem i mięsem paprykę - wszystko bardzo dobre. Bardzo miła była kelnerka - studentka matematyki i informatyki pochodząca z Rijeki.

Tutaj już wszyscy mówią po angielsku - dużo turystów. Chociaż Chorwacki nawet da się zrozumieć, to kiedy mówią szybko - to już nie bardzo. Hvala - dziękuję po miejscowemu, a dowidźjenia - do widzenia. Jak ktoś zna polski, rosyjski i ukraiński - zrozumie połowę.

Po ostatnim spacerze po promenadzie (wieczorem pięknie podświetlonej) poszliśmy spać.

24.09.2007
Ze Splitu wyjechaliśmy około 11-tej. Autostrady dalej już nie ma. Jechaliśmy wzdłuż brzegu bardzo krętą drogą z pięknymi widoczkami. Po drodze przejeżdżaliśmy jeziora Bacińskie - widok super - musieliśmy stanąć aby zrobić zdjęcie.

W drodze spotyka się dużo kamperów z Włoch, Niemiec i Austrii i w ogóle dużo obcokrajowców. Ale polaków mało - pewnie wszyscy jeżdżą bardziej w sierpniu.

Po drodze do Dubrownika trzeba minąć mały kawałek Bośni i Hercegowiny. Dla turystów tranzytowych na szczęście granica ta jest prawie jak w Unii - bardzo szybka. Wyjeżdżając z Bośnii i Hercegowiny jeden z pograniczników najpierw chciał sprawdzać paszporty ale drugi mu powiedział - zostaw, to Polacy. Więc powiedzieli nam po-polsku "do widzenia" i pojechaliśmy dalej.

Do Dubrownika przyjechaliśmy około 15:00 od razu na przystań promową aby kupić bilety. Dojazd do niej nawet był dobrze oznaczony. Zaparkowaliśmy na parkingu dla użytkowników promu po 5 KN/h. Kupiliśmy bilety - 998 KN za 2 osoby i samochód na "deck" i to bez miejscówek. Powiedzieli nam że u nich nie istnieją miejsca numerowane siedzące, jest tylko "deck" lub kabina, która podniosłaby koszty do 1800 KN. Więc wybraliśmy oszczędność.

Potem kupiliśmy bilety na miejski autobus (aż 8 KN - strasznie drogo!) i pojechaliśmy zobaczyć słynną starówkę, którą ze wszystkich stron otacza mur obronny. Podobno dzięki niemu w żadnej wojnie nie udało się zdobyć Dubrownika.

Przed samym wejściem przez główną bramę w barze kupiliśmy kawałek pizzy i kanapkę ze smażonym kurczakiem. Tak drogiej kanapki jeszcze nigdy nie jedliśmy - 25 KN (ok. 13 zł), a coca-cola 0,3l - 15 KN (ok. 8 zł)! A wszystko przez bliskość starówki.

Podczas zwiedzania najpierw poszliśmy na mury i na ich główną najwyższą twierdzę, skąd rozpościera się przepiękny widok na całą starówkę i pobliską wyspę - tak pięknego widoku jeszcze nie widziałam! Na dole weszliśmy do bazyliki, kościołów - w jednym z nich za głównym ołtarzem są przepiękne freski.

Całe stare miasto jak z bajki - jasne, z bogato zdobionymi świątyniami i domami - cudo! A kiedy go podświetlili to w ogóle nie było już sił się zachwycać.

Jeden minus starówki - drogo! Piwo na starówce z pięknym widokiem na bazylikę - 50 KN (ok. 25 zł)! Więc odeszliśmy trochę aby znaleźć tańsze - trzeba oszczędzać - przed nami jeszcze droższe państwa.

Zjedliśmy kolację już poza murami obronnymi i chociaż restauracja okazała się wykwintna, to już nie tak droga, a jedzenie całkiem smaczne, a na koniec od firmy dają poczęstunek - rakiję (nawet dobra).

Ponieważ prom odpływał o 23:00, check in należało zrobić około 21:00, a na prom ładować się już o 21:50. Dlatego wsiedliśmy w autobus i pojechaliśmy do portu. Po ciemku wyszliśmy 1 przystanek za daleko i trzeba było trochę się wrócić.

Na prom załadowali się samochodami (niektórzy camperami i motorami) sami obcokrajowcy - nie widzieliśmy żadnego Chorwata. Granica bardzo prosta. Zauważyliśmy że Polaków w ogóle o nic nigdy nie pytają i nie sprawdzają - innych sprawdzali.

Prom niestety był mały, stary i strasznie hałasował, ale było całkiem nieźle. Trzeba było tylko szybko znaleźć sobie dobre miejsce nadające się na przystosowanie do leżenia. Co poza sezonem było całkiem wykonalne. Nie wiem co się dzieje w sezonie, ale chyba koszmar, bo takich miejsc za dużo nie ma. Są 2 bary gdzie można kupić wszystko co chcesz do picia (małe piwo 15 KN) i prawie nic do jedzenia.

Co dziwne - dużo ludzi podróżuje ze śpiworami więc śpią w nich na siedzeniach. Niektórzy nawet mieli nadmuchiwane karimaty i rozlokowywali się na podłodze. Siedzenia w jednej z sal były całościowe dla 2 osób, po dostawieniu do nich z boku krzesełek można było się wyciągnąć i prawie normalnie spać. Chociaż mieliśmy pewne obawy czy uda się pospać, to z książką zamiast poduszki pod głową spokojnie przespaliśmy aż do 7:30 (ja tam mam inne zdanie, to ja spałem z przewodnikiem "Włochy" Pascala pod głowa i wcale się jakoś dramatycznie nie wyspałem - przyp. Włada). O 8:00 już zjechaliśmy z promu.

25.09.2007.
W Bari (Włochy) nawet nie wyjechaliśmy samochodem poza obręb portu, ponieważ znaleźliśmy darmowe miejsce parkingowe gdzie zostawiliśmy samochód i poszliśmy zwiedzić miasto.

Włochy południowe nas trochę zaskoczyły brudem, biedą i obskurnością. Ale nie przeszkadza im to mieć pięknych zabytków.

Wąskimi uliczkami doszliśmy do zameczku "Castello Svevo da Bari" zbudowanym w miejscu rzymskiego fortu. Później zwiedziliśmy ładną katedrę "Cattedrale di San Sabino" z XII wieku wewnątrz z jasnego kamienia, ale z ciemnym drewnianym dachem. Wewnątrz kilkanaście kolumn - każda z innego materiału - dziwne, ale ciekawe. Zwiedziliśmy też Basilica di San Nicola czyli bazylikę świętego Mikołaja! Piękna trójnawowa konstrukcja z XI wieku, w której pochowano relikwie św. Mikołaja oraz jest nagrobek polskiej królowej i księżnej Bari - Bony. Na suficie były bardzo bogate obrazy ze złoconymi oprawami.

Obok Katedry zatrzymaliśmy się na kilka minut w lokalnym barze na śniadanie. Jak należało się spodziewać nikt tu nie mówi po angielsku. Ale znając kilka wyrazów po włosku udało się dogadać z kelnerem. Niestety włosi śniadanie jadają bardzo dziwne - kawa + croissant lub inna bułeczka. Więcej u nich zazwyczaj nic na śniadanie nie dają, więc musieliśmy zadowolić się croissantami - jeszcze ciepłymi, bo była 9 rano. (w sumie dla nas wczesny ranek ;-).

Po takim śniadaniu i małym zwiedzaniu Bari pojechaliśmy w kierunku południa Włoch.

Włochy na nasz gust są okropnie oznakowane. Dotychczas w żadnym państwie nie było takich problemów ze znalezieniem i zrozumieniem znaków. Jak by tego było mało włosi jeżdżą jak wariaci nie zważając na nic. W związku z takimi dziwnymi znakami, które często wskazywały inny kierunek niż nasza nawigacja, minęliśmy zjazd na autostradę, więc jechaliśmy wąską podrzędną drogą prowadzącą przez góry serpentynami. Była bardzo malownicza, ale też bardzo kręta. Po drodze trafiliśmy też na piękne miejsce - jeziora obok miasteczka Tarsia. Mieliśmy przepiękny widok z samej góry na jeziora. Nie wiem czemu włosi zniszczyli tutaj miejsce widokowe, gdzie stanęliśmy na parę minut coś przegryźć.

Około 17:30 dojechaliśmy do Paoli - miasteczka na wybrzeżu z bardzo wąskimi uliczkami i dużym ruchem - wszystko w górach, które podchodzą prawie pod sam brzeg.

Degresja nawigacyjna, dwojaka: Pocket Loox n560 po 1-2 godzinach na słońcu pod przednią szyba przegrzewa się i odmawia ładowania. Na dodatek coś mu się chyba porobiło z baterią od tego przegrzewania się i cholernie szybko się rozładowuje, potrafi rozładować się w ciągu nocy będąc wyłączonym. Szajse!!! Jak mawiają towarzysze Niemcy. A kierunkowskazy we Włoszech - co prawda, w Warszawie jest kilka miejsc, gdzie Warszawa jest i w prawo i w lewo, np. koniec trasy Toruńskiej. No ale w okolicach miasta to może mieć jakiś sens. A tu pełno kierunkowskazów na tę samą miejscowość, ale w różne strony. Mają za dużo dróg, może? Ale którędy jechać???

W tym miasteczku okazało się że są tylko 2 hotele i jeden mały pensjonacik prowadzony przez rodzinę. Jeden z hoteli wyglądał strasznie z zewnątrz a jednocześnie kosztował 60 Euro, pensjonacik - 65 Euro, drugi hotel był przy plaży - 60 Euro. Wybraliśmy plażę. Pokoik mieliśmy z bocznym widokiem na morze. I tak dobrze, bo oni nie mają w ogóle pokoi z pełnym widokiem na morze - dziwne.

W hotelu spotkaliśmy podróżującą od 5 miesięcy amerykankę, która mieszka w San Francisco, a ponieważ firma w której pracowała została zamknięta i ona dostała odprawę - pojechała do Europy w podróż i była już w Hiszpanii, Rumunii, Chorwacji, Turcji (gdzie pracowała trochę w hotelu managerem), Moroko i teraz trafiła do Włoch. Wdanej chwili podróżowała do Sycylii aby znaleźć rodzinne kontakty - jej babcia urodziła się na Sycylii, a ojca rodzina pochodziła z Ukrainy.

Ponieważ jechaliśmy jutro w tę samą stronę, zaproponowaliśmy jej podwiezienie, a ona była tak zadowolona, że postawiła nam kolację. Zjedliśmy ją u rodziny, która prowadzi kilka pokoi gościnnych, w których wcześniej pytaliśmy o cenę, ale 65EUR bez parkingu, nawet za dobry standard, to zdecydowanie za dużo. Amerykanka znała włoski, więc pogawędziliśmy sobie z właścicielką i dostaliśmy naprawdę dobre jedzenie - oni mają w większości piece na pizze na drewno i smak tej pizzy jest zdecydowanie inny, smaczniejszy ;-)

Degresja kulinarna: może we Włoszech południowych jest brudnawo, na ulicach tłok i jeżdżą oni agresywnie (ale przynajmniej w mieście wolno), ale nie ma możliwości dostać złego jedzenia - jest ono wspaniałe - tu warto przyjechać tylko po to żeby jeść. I pic wino - domowe w knajpach nie jest drogie, a jest dobre. A średnia cena wina w supermarkecie to 3-4EUR za butelkę - w Polsce bym się po prostu zapił. A, jedzenie tez nie jest drogie, za dużą wspaniałą pizze - 4-5EUR, coś rybnego 6-10 EUR, czyli ceny są nadal niższe lub porównywalne do warszawskich.

Po kolacji poszliśmy na plaże spróbować Egerskiego wina - znakomite, a cena 12zł za 1,5l wręcz rozbrajająca. Morze ciepłe, turystów kompletnie brak, bo już po sezonie, co w sumie mnie dziwi, bo w Polsce przy takich temperaturach powietrza (24C) i wody byłby tłum.

26.09.2007.
Rano po "włoskim" śniadaniu (espresso, dwa sucharki, dżem i croissant - umieram z głodu za godzinę - przyp. Włada) zapakowaliśmy się z Rebeką do samochodu i ruszyliśmy na Sycylię ok. 10:30.

Po przejechaniu kawałka wiejskimi drogami udało się w końcu za którymś razem trafić wyjazd na autostradę, w tej części Włoch one są bezpłatne, z czego radośnie korzystamy.

Ok. 13:00 byliśmy już w Villa San Giovanni, z której złapaliśmy prom do Messiny na Sycylię. Miało być tanio, ale złapaliśmy się na pułapkę dla turystów - pierwszy zjazd na prom, a jest ich kilka, wcale nie jest na prom najtańszy. Jak to sprawdzić - rozejrzycie się wokół. Jeśli nie ma miejscowych, dofinansowujecie właśnie jakąś lokalna mafię, o czym krzyczał jedyny Włoch w kolejce ;-) - no cóż, 7 EUR a 20EUR to w sumie duża różnica, ale jest już późno i nie mamy siły szukać innego, a jeszcze długa droga przez całą Sycylię przed nami. Dziś mamy dotrzeć do Pozzallo, skąd jutro koniecznie musimy złapać prom na Maltę

Ok. 15:00 jesteśmy już na Sycylii, prom płynie jakieś 45 min, parę zdjęć i znów wyjazd na autostradę. Hmm, na Sycylii jeżdżą jeszcze gorzej, w miastach muszę na prawdę uważać i lekko się stresuje. Pierwszeństwo nie istnieje, każdy się pcha jak może, a tych kretynów na skuterach należy przynajmniej resocjalizować, nie uwłaczając ;-)

Po godzinie autostrady wysadzamy Rebekę w centrum Catanii, tam gdzie się urodził słynny inspektor z "Osmiornicy" ;-), tracimy kolejną godzinę na przebijanie się przez uliczny chaos, łapiemy autostradę do Siracusa i potem lokalnymi drogami ok. 18:00 dojeżdżamy w końcu do Pozzallo.

W centrum chaos i nic nie widomo, jak to na Sycylii. Na początek nie ma gdzie zaparkować, to jest standardowy problem. W końcu znajdujemy jakieś płatne miejsce wśród chmary motorynkowców. Diana idzie zapytać o hotel, dość drogi, przy centralnej ulicy, czyli będzie głośno, oczywiście nie mają własnego parkingu, a my musimy zostawić auto na tydzień, przecież nie na ulicy przy parkomacie.

Cóż, idziemy dalej wzdłuż morza. W sumie jest to dobra wskazówka, nie szukać spania w centrum. I tak nie będzie gdzie zaparkować i będzie drogo i głośno.

Krążymy po mieście, robi się ciemno, Diana zaczyna się denerwować. W końcu jedziemy za kierunkowskazami do jakiegoś Albergo, wyjeżdżamy z miasta w kierunku portu i podjeżdżamy w górę trochę dalej od morza. Jest prywatny hotelik, nocleg 55EUR z włoskim śniadaniem, czyli sucharki, dżem i kawa. Dyskutujemy o zostawieniu samochodu, za tydzień właściciel chce 20EUR za parking, my wstępnie się zgadzamy.

Jest ciemno, ale mamy gdzie spać, więc wyruszamy w poszukiwaniu kolacji do miasta. Rozpakowując torbę, z przerażeniem zauważam, że prom na Maltę wypływa o 9:15 i nie ma promu popołudniowego. Gonimy więc najpierw do portu, akurat trwa odprawa na nocny prom, wiec dowiadujemy się o ceny biletów i godzinie odprawy (7:45, kurczę) i w końcu idziemy do pizzerii nieopodal.

A, w porcie spotykamy jedną z niewielu tu osób, mówiących trochę po angielsku i po krótkiej naradzie decydujemy się zostawić samochód na darmowym parkingu portowym. Jeszcze szybkie przepakowanie do jednej torby, w drugiej sprzęt nurkowy i spać.

27.09.2007.
Rano pobudka o nieziemskiej wręcz porze, wrzucenie wszystkiego do samochodu i parę minut jazdy do portu. Bilety są koszmarnie drogie, 236EUR w dwie strony za dwie osoby, za samochód musielibyśmy dopłacić kolejne 110EUR. Następnie długa odprawa nie wiadomo z jakiego powodu, sporo ludzi, głównie jednodniowe wycieczki Sycylia-Malta i jesteśmy na promie.

Prom bardzo ok, nowoczesny, siedzenia lotnicze, chromy, wykładziny i rzeczywiście szybki. Po 2h godzinach jesteśmy v Vallettie, stolicy Malty. Szybka odprawa paszportowa, wreszcie korytarz unijny się przydaje, Polaków jak zawsze nie ruszają, jesteśmy tam rzadkością i wyłazimy na placyk przed portem pod murami Valletty. Z torbami jesteśmy chyba jedyni, reszta pakuje się do autobusów wycieczkowych, a my przystępujemy do negocjacji z lokalną mafią taksówkową. Cena wyjściowa 40EUR za 18km, drogo. Myślimy o autobusie, ale do dworca ze 2-3km pod górę, a my mamy z 60 kg bagaży. Diana przedzwania do bazy nurkowej, czekają na nas, ustalamy z bazą realną cenę za taksówkę - 10ML (23EUR) i po krótkich lecz burzliwych negocjacjach jedziemy do Bugibby za 25EUR. Ta cena to i tak zdzierstwo, bo jechać może 20 min, no 30 min to maks.

W bazie jesteśmy lekko po południu, czas leci, a my musimy znaleźć spanie na tydzień. Na dodatek miła pani z bazy informuje, że apartamenty z których zazwyczaj korzystają są pozajmowane, więc ma dla nas jakieś, ale musimy iść pooglądać.

Baza działa do 17:00, a jeszcze musimy rozpakować i skręcić sprzęt, więc na znalezienie noclegu mamy 3 godziny i pełni optymizmu ruszamy w miasto. Po 2 godzinach optymizm nam bardzo opada, jest gorąco, jesteśmy głodni, apartamentów wcale dużo w mieście nie ma, a te 2 co oglądamy prezentują bardzo marny standard. Oczywiście może się czepiam, ale w ciepłym państwie wolałbym klimę i telewizor by zobaczyć wieczorem wiadomości. Ani jednego ani drugiego w standardzie na Malcie nie ma.

Apartamenty (pokoje tak naprawdę), proponowane przez bazę, są marne. Jest to stara kamienica z mnóstwem pokoi, stadami emerytowanych Anglików, prowadzona przez Angielkę (przypomina pani z pierwszej reklamy frugo, jeśli ktoś pamięta), która była bardzo niezadowolona z naszej prośby pokazania pokoju i w ogóle była jakąś zajebiście unfriendly. Przy starej rozpadającej się windzie wisiała tablica ogłoszeń z długa listą, czego w apartamentach robić nie wolno, kiedy jest cisza nocna, w jakich godzinach będzie włączana klimatyzacja itd. Na dodatek widok z jedynego w pokoju okna (na Malcie całe mieszkanie posiada zazwyczaj tylko jedno okno) był na studnię podwórkową 2x2m, zawieszoną klimami i zarzuconą śmieciami. Nie bardzo...

Po drodze oglądamy duże blokokamienice, przerobione chyba z mieszkań. W środku tak sobie, ale dużo miejsca, okno na ulicę, ale przynajmniej jakiś widok, cena zachęcająca 9ML za dobę, czyli tanio jak na Maltę. Nie bierzemy i jeszcze robimy sporą rundkę po mieście, ale poganiani czasem w końcu wracamy do bazy nurkowej, skręcamy sprzęt i telefonicznie bierzemy to studio, w apartamentowcu Solair na tydzień. Sprzęt zostawiamy w bazie i w końcu ledwie żywi około 18:00 z torbą z rzeczami docieramy do naszego domu na najbliższy tydzień.

Jak się okazało, bez klimy da się żyć, trzeba tylko szerzej otwierać okno, a tydzień nie widzieć i nie słyszeć żadnych wiadomości też się da. Dobra rada, bierzcie mieszkanie z oknem od nie nasłonecznionej strony, inaczej bez klimy nie przeżyjecie.


28.09.2007 - 02.10.2007
Przenurkowaliśmy 5 dni.

Opis nurkowania można zobaczyć tutaj:
Nurkowanie na Malcie

Parę słów o samej Malcie.
Mnie ona rozczarowała. W Buggibbie tłumy turystów, a jest po sezonie, koniec września, początek października. Turyści to w 90% emerytowani Anglicy, jest tez trochę Niemców. Mnóstwo knajp, jak to w miejscowości turystycznej, ale drogo i jedzenie dość przeciętne. Generalnie królują bardzo drogie ryby i frutti di mare, powyżej 15EUR za żarcie. Z lokalnych potraw tylko 2 dania, królik w sosie winno-czosnkowym (dobry) i jakiś zawijaniec wołowo-szynkowy, tez dobry, którego nazwy nie pamiętam. Poza tym dość przeciętne pizze i pasty.

Żarcie sprzedawane w sklepach jest okropne, wszystko pakowane i z konserwantami. W porównaniu do Włoch, wybór jest mizerny, na dodatek np. ser i kiełbasa przechowywane są w niektórych sklepach w lodówkach, ale nie działających. Tak że standard sklepowy zdecydowanie Egipski.

Sama wyspa pagórkowata, skalista, spalona słońcem, bardzo mało zieleni. Miejscowi mieszkają w miasteczkach, nie ma domów wolnostojących poza miastami. Ponoć sprzedaż ziemi regulowana jest centralnie, ziemi jest bardzo mało i nie da się dostać pozwolenia na budowę.

Zabudowa miasteczek jest bardzo gęsta, kilkupiętrowa, wszyscy mieszkają zamknięci żaluziami, bo sąsiada maja 4m po drugiej stronie ulicy. Bez sensu. Z tego też powodu jest głośno, chociaż knajpy działają tylko do północy i potem robi się lepiej.

Na nurkowania sporo jeździliśmy, drogi główne ok., boczne są strasznie zniszczone. Wszędzie sporo śmieci, generalnie Malta jest czymś pośrednim miedzy Egiptem a Sycylią. Są też plusy, ludzie są mili no i wszyscy oczywiście mówią po angielsku.

03.10.2007
Tak zwany free day, czyli dzień na suszenie sprzętu i niewielkie odespanie się.

W zasadzie cały dzień łaziliśmy w okolicach bazy, od czasu do czasu zaglądając do nie w celu przewrócenia sprzętu na druga stronę. W zasadzie tu na Malcie nikt inny tak dokładnie sprzętu nie suszył, rozumiem że robili to potniej w domu, ale przed nami jeszcze 3 tygodnie drogi i nie chcę hodować grzyb w torbie nurkowej. Zgłasza, że piszę to tydzień później i do torby nie zaglądałem, więc nigdy nie wiadomo. W ciągu dnia próbujemy zabookować miejsca powrotne na prom i tu niespodzianka, jutrzejszy wieczorny prom jest odwołany, możemy płynąc dziś, ale do promu zostało 3 godziny, a my nie spakowani, więc odpada. Jesteśmy wkurzeni, to jest słynna włoska organizacja, nie dalej jak 6 dni temu potwierdzaliśmy rozkład i prom był. Decydujemy się na jutrzejszy poranny prom, kurcze, znów brak snu.

Mam zatkane uszy, ostatniego dnia nurkowego było mi zimno w głowę, trzeba przejść na kaptur.

04.10.2007
Uszy mam zatkane, na dodatek noc była straszna, prawie nie spałem, mam zapalenie ucha środkowego i to obu uszu, bardzo boli. Biorę wszystkie prochy które mamy, w tym antybiotyk i jadę na Ibupromie, bo inaczej nie da się wytrzymać.

Pobudka 5:45, brak śniadania, prywatny samochód załatwiony przez bazę nurkową sprawnie zawozi nas do portu w Vallettie. Prom nadal dobry i nadal drogi, jemy jakieś potwornie drogie kanapki i kawę.

W porcie chwila niepewności, czy jest samochód? Jest, czeka, żadnych problemów. Oczywiście z torbami wysiada tylko kilka osób, reszta to wycieczki. Chyba normalni ludzie łatają tu samolotem ;-).

Jesteśmy zmęczeni, bardzo bola mnie uszy, więc wracamy do hotelu w Pozzallo, w którym spaliśmy tydzień temu i idziemy spać. Padamy na godzinę, ale ok. 13:00 już nie wytrzymuje i wyłażę na słońce pogrzać trochę uszy. Trzeba było iść do lekarza na Malcie, przynajmniej tam gadają po angielsku, ale chcieliśmy już wrócić na Sycylię no i promy nam pozmieniali, a przecież oczywiście miałem nadzieje, że nie będzie tak źle.

Szybka decyzja, chce do lekarza. Oczywiście właściciel hoteliku a ni jego zona po angielsku ni słowa. Na migi dogadujemy, że proponują 118, czyli miejscowe pogotowie. Ja chce prywatnego lekarza, w nadziei że będzie chociaż coś mówił po angielski, ale nie potrafimy się dogadać. W końcu właściciel zawozi nas swoim samochodem na lokalne pogotowie i tak rozpoczyna się moja krótka przygoda z włoską służbą zdrowia.

Pogotowie malutkie, nikt nie mówi po angielsku, znajdują mi jakąś unijna wielojęzyczną broszurę dla ofiar wypadków. Długo coś w niej szukają, w końcu otwierają gdzieś w środku, czytam pierwsze zdanie i nic nie rozumiem, kurcze, to przecież po włosku!. Ale ok., dalej jest niemiecki i angielski.
- Hmm, "Gdzie cię boli?", no to pokazuje na uszy, ale to pokazywałem i bez tego.
Znowu szukają.
-"Czy brałeś jakieś leki?" Wysypuje prochy na biurko, miałem ze sobą jakiś uniwersalny antybiotyk, to zacząłem go brać. Jak się okazało później był całkiem dobry i na temat.

Znowu poszukiwania i rezygnacja, bardziej zaawansowanych rozmówek w książeczce brak. Na migi i po angielsku tłumaczę, że to od nurkowania, o dziwo kierowca jednej z karetek zna może 100 słów po angielsku (reszta nic). Główna pani ogląda mi uszy, coś się naradzają no i muszę jechać do szpitala.

Jak musze to muszę, ok., właściciel pensjonatu zabiera nas do samochodu i jedziemy. Ale coś on się robi coraz bardziej zły? I już wiem: jedziemy prawie godzinę, szpital jest w innym mieście. ;-).

Szpital niczym się nie rożni od polskiego: obskurnie, mnóstwo personelu słania się bez określonego celu lub nosząc jeden papierek oraz duże kolejki na izbie przyjęć. W sumie siedzieliśmy ze 3 godziny, a nasz właściciel hotelu ze 3 razy wszczynał bardzo barwne dyskusje chyba o szybkości i jakości włoskiej służby zdrowia, z wykrzykiwaniem coś w stylu "imposible i mamma mia" ;-), aż cały się gotował.

Zaszczycił mnie przyjęciem chyba sam Ordynator, bo wokół niego biegało stado jakiś lekarzy, a w ciągu 20 minut załatwił on z 10 podpisów, odebrał tyleż samo telefonów i co najmniej 5 innych lekarzy skonsultował. No ale przynajmniej był miły i dobrze mówił po angielsku, za co od razu go pochwaliłem - trzeba promować znajomość języków.

Wynik wizyty prosty: zastrzyk przeciwbólowy, a zapalenie jak zapalenie - dalej brać antybiotyk i panadol, aż w końcu przejdzie. ;-)

Parę słów należy się Pozzallo:
Miejscowość niewielka, centralna ulica straszliwie zatłoczona skuterami i bardzo hałaśliwa w weekendy. Poza tym poza sezonem panuje tam senna atmosfera, jest duża plaża i parę knajp z bardzo przyzwoitym jedzeniem i naprawdę dobrą pizzą neapolitańską w cenach poniżej warszawskich. I chociaż w jakimś ostatnio oglądanym amerykańskim filmie mafiozo przemawiał na tle tablicy "Prefettura di Pozzallo", to nie ma to wpływu na zwykłych turystów i warto tu zajechać na parę dni.

05.10.2007
Uszy nadal mam zatkane i czuje się tak sobie. Na dodatek właścicieli pensjonatu jadą na urlop i zamykają interes. Co robić, ok. 10:00 wyjeżdżamy do Taorminy, małego turystycznego miasteczka 50 km nie dojeżdżając do Messyny, podobno najlepszego kurortu na Sycylii.

Po drodze zwiedzamy Syrakuzy, bardzo ładne portowe miasto. Warto zajechać!

Po zjechaniu z autostrady większość dróg na Sycylii jest bardzo kręta i malownicza, tutaj na dodatek droga prowadzi wysokim klifem nad brzegiem morza, widoki wspaniałe! Przejeżdżając przez Taorminę nie widzimy żadnego hotelu poniżej 4 gwiazdek, zresztą i tak nie ma gdzie zaparkować, na dodatek straszne tłumy, w końcu jest niedzielne popołudnie.

Tańsze hotele są zazwyczaj na obrzeżach miasta, wracamy więc trochę i po paru minutach wjeżdżamy do Guardii-Naxos, miasteczka z równie ładnymi plażami, ale z mniejszą ilością turystów. Po sprawdzeniu paru hoteli trafiamy do "Villa St. Antonio" (dwójka 50EUR) na obrzeżach na wzgórzu. Wygląda naprawdę jak willa, cicho, pokój mały, ale schludny, do nadmorskiej promenady 8 minut spacerem.

Na promenadzie z jednej strony są plaże, niektóre publiczne, niektóre hotelowe. Publiczne są płatne, ale ładne i wysprzątane, z leżakami i prywatnymi kabinkami, dość drogie (2EUR leżak, 2EUR parasol, 8EUR kabina). Widok z plaży piękny: dalszy fragment brzegu z górami, na których przyklejone są całe miasteczka.

Promenadą dochodzimy do supermarketu, gdzie kupujemy lokalne specjały: 2 rodzaje sera, prosciuto, wędzone czarne oliwki (znakomite!), pomidory, chleb i to wszystko zjadamy na kolacje razem z Egerskim winem - super.

06.10.2007
Wyruszamy do Etny, nie bierzemy żadnych wycieczek zorganizowanych, jedziemy samochodem bezpośrednio pod kolejkę linową. Trzeba powiedzieć, że droga do kolejki jest długa, kręta i męcząca, więc pod kolejka jesteśmy dopiero o 12:00. Parking na szczęście bezpłatny, przy sklepikach z pamiątkami, ale prawie pełny - w sezonie może być kłopot z miejscami. Po przebraniu się w ciepłe ubrania (przyjeżdżamy w szortach i podkoszulkach), na górze jest zimno i bardzo wieje, kupujemy bilety po 48EUR od osoby(zdzierstwo!) w które wchodzi przejazd kolejką, podjazd jeszcze wyżej Unimogiem lub podobnymi, ale nowszymi, większymi i znaczniej bardziej komfortowymi busociężarówkami i przejście po krótkiej oznaczonej trasie z przewodnikiem.

Kolejka prowadzi z 1900mnpm do 2600mnpm i funduje ładne widoki, ale dopiero po przejechaniu samochodem na 2900mnpm czujesz się jak na marsie - wokół wyłącznie pagórkowata przestrzeń w szaro-bronzowo-czarnym kolorze. Od czasu do czasu widać kratery, a z niektórych miejsc wydobywa się dym.

Standardowa wycieczka nie obejmuje podejścia do głównego krateru na 3323mnpm, oczywiście ze względów bezpieczeństwa ;-), ale widać jak niektórzy zmierzają w tę stronę, chociaż formalnie szlak był zamknięty. Nam wystarczyło 2900mnpm: można tu zobaczyć stare kratery, a w niektórych miejscach ziemia jest ciepła.

Na górze było naprawdę zimno i wiał mocny wiatr, a niektórzy przychodzili w szortach - brr. Jak się jechało kolejką lub Unimogiem, to było widać jak niektórzy wchodzą, w kłębach pyłu wulkanicznego, na piechotę. Podziwiam za samozaparcie, ale czy jest w tym sens?

Po spędzeniu 3h na Etnie zaglądamy na 2 godziny do Catanii - koszmar. Tłok, żadnych reguł na drodze, długo szukamy jakiegokolwiek miejsca do zaparkowania w centrum. W końcu przypadkiem zajeżdżamy na boczny parking gdzie właśnie ktoś wyjeżdża. Oczywiście nie mają parkomatów (jako jedyne, z tych co odwiedziliśmy, miasto we Włoszech), tylko system biletów-zdrapek kupowanych w kioskach. System debilny, nie bardzo wiadomo gdzie kupić "zdrapkę", a potem co zdrapywać. Przy pomocy pań z miejscowej straży miejskiej w końcu zdrapujemy odpowiednie kwadraciki (ale tylko na 2 godziny, nie podoba mi się tu, nie chce tu nocować) i idziemy zobaczyć okolicę.

Szybko obchodzimy parę przecznic, idziemy w stronę centralnego Piazza del Duomo ulicą Etnea, jak sama nazwa wskazuje prowadzącej od Etny. Sporo ładnych barokowych budynków, na Piazza ładna katedra.

Ale atmosfera miasta nadal mi się nie podoba. Jest niedziela, mnóstwo ludzi, w tym dziwnie wyglądającej "gangowej" młodzieży, jeszcze więcej skuterów na ulicach, brudno. Ludzi wyglądają na zatroskano-agresywnych, nikt się nie uśmiecha i wszyscy gdzieś pędzą.

Catania, to w sumie jedyne miejsce we Włoszech, gdzie może nie czułem się zagrożony (ale bliski tego), natomiast na pewno czułem się zdecydowanie nieswojo. Jak najszybciej opuszczamy więc Catanię i szukamy noclegu jadąc wzdłuż morza do Messyny. Śpimy w Stazzo, w hotelu ładnie zrobionym w stylu "dworkowym". Malutkie senne miasteczko jest bardzo charakterystyczne: przystań, kościół, kilka restauracji i pizzerii oraz bar na "rynku". Ludzie jedzą, piją, gadają, w coś grają - to jest absolutnie inne życie niż w dużym mieście. Ale czy długo bym tak wytrzymał - pewnie nie, zanudziłbym się na śmierć. O czym oni rozmawiają, przeciecz dzień w dzień jest u nich tak samo!? To taki "Dzień Świstaka"! ;-)


07.10.2007
Dziś opuszczamy Sycylię i jedziemy na północ, zaczyna się druga cześć naszego wyjazdu, czyli będzie coraz zimniej. Z powodu mojej choroby jesteśmy mocno spóźnieni, od kilku dni jeździliśmy w kółko po Sycylii i noszę się z zamiarem nie jechania do Portugalii. Chcemy jednak zdążyć na wybory w Polsce, czasu zostało nie całe 2 tygodnie, musiałbym wyłącznie prowadzić, a nie widzę w tym sensu. No ale jeszcze się nie zdecydowałem , więc dziś postanawiamy wyłącznie jechać i trochę nadrobić straty czasu.

Jak na złość pogoda deszczowa, chociaż na Sycylii nadal ciepło. Bardzo długo czekamy na prom, tym razem jest on bardzo duży i długo tez czekamy na jakie takie, może 50% zapełnienie go samochodami. Pokład samochodowy jest kilkupiętrowy, jest tez pokład kolejowy, zapełniony TIRami. Wjazd na prom dość skomplikowany, przypomina rękawy na lotnisku, które są zestawiane w zależności od wielkości promu i "piętra" na które wjeżdżamy. Bardzo wąsko i 90 stopniowe zakręty. Mercedes 500 przed nami ma duże problemy ze zmieszczeniem się w tych korytarzykach i zakrętach

Prom bardzo stary, cały się trzęsie, ale płynie. A na morzu mocna ulewa i ładne widoki zachmurzonej Sycylii.

A potem po prostu jedziemy autostradami, ciągle pada, dość spory ruch i ciągłe remonty, więc w sumie przejeżdżamy ok. 450km, ale uwzględniając promowanie wynik nie jest zły. Bardzo długo szukamy noclegu jeżdżąc tam i z powrotem nadmorską drogą i już po ciemku decydujemy się na spanie w Villamare w jedynym otwartym hotelu przy drodze (chociaż mi się on nie podoba, po drugiej stronie są tory, ale nic innego nie ma) niedaleko Sapri, gdzie jedziemy na kolacje. Tu już widać, że jest po sezonie, wieczorem robi się chłodno, a zdecydowana większość hoteli jest zamknięta. Na kolacje idziemy do bardzo lokalnej knajpy, gdzie miejscowi oglądają piłkę, a my zajadamy się wspaniałymi spaghetti frutti di mare.

Wieczorem po długich namysłach postanawiamy odpuścić sobie jazdę do Lizbony, pozostać we Włoszech i wrócić do domu przez Austrię i Niemcy.

08.10.2007
Dziś jedziemy zwiedzić Pompei i dalej na północ; nie mamy koncepcji gdzie dokładnie będziemy spać. Do Neapola nie jedziemy, nie chce mi się znów prowadzić w tłoku i chaosie na ulicach. Przewodnik Pascala zresztą wypowiada się o Neapolu dość kiepsko - bardzo wysoka przestępczość - więc odpuszczamy sobie.

Zwiedzamy Pompei, całkiem ciekawe, ale bardzo duże, na dokładne zwiedzanie potrzebny pełny dzień. Dianie bardzo się podoba, mi mniej. Ile można oglądać kamiennych murków wysokości 2 metrów? ;-). W sumie należy rozważyć wynajęcie przewodnika lub po prostu doczepienie się do jakiejś wycieczki - potrzebna jest spora wyobraźnia, a jak przewodnik opowiada jak wielkie wspaniałości były w dzisiejszej kupce kamieni ;-), to jakoś łatwiej to sobie wyobrazić. Pompei to ogromna otwarta kamienna przestrzeń bez drzew, a ruiny domów nie mają dachów - w lecie zwiedzanie tam to jest masakra.

Diana dopisuje, że jednak niektóre domy zachowały się lepiej i nawet widać posągi i freski na ścianach. Jak widać oceną Pompei my się różnimy, warto jednak chociaż na kilka godzin tu zajechać.

Mocnym popołudniem wyjeżdżamy z Pompei: postanawiamy minąć Neapol i poszukać tańszego spania dalej na północ. Wypadek nie pozwala nam wjechać na autostradę prowadzącą wzdłuż morza w kierunku Neapolu, na kolejnych wjazdach są straszne korki, które po prostu stoją. Rezygnujemy i postanawiamy objechać Wezuwiusz od prawej, od strony lądu. Niestety dookoła Wezuwiusza nie ma za dużo dróg, nawigacja wariuje, kierując nas z powrotem na wjazdy na autostradę, od których właśnie staramy się uciec. Co chwile się gubimy, czasami kręcąc się w kółko, więc musimy stawać i korygować nawigację: ona zupełnie nie jest przystosowana do takich przypadków, nie da się wyłączyć fragmentu drogi z obliczeń trasy. Wszędzie straszne korki i chaos, chyba coś poważniejszego stało się na autostradzie i objeżdżamy nie tylko my. Chyba że to "normalne" poniedziałkowe popołudnie w okolicach Neapola, to wtedy jestem wręcz zachwycony, że nie pojechałem do samego miasta, bo nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co się tam dzieje.

W końcu pakujemy się w jakieś koszmarne robotnicze dzielnice pełne śmieci - takich gór śmieci leżących wzdłuż drogi nie widziałem nigdzie na świecie, a potem w dzielnicę Fashion Outletów, ciągnącą się kilometrami. Okolica fatalna, brak hoteli, a jest już ciemno. Postanawiamy wiec wyrwać się z tego chaosu i pojechać do czegoś bardziej turystycznego, gdzie łatwiej będzie o nocleg. Decydujemy się zrobić dodatkowe 70km i jedziemy do Benevento, zachęceni nieco Pascalem, opisującym Benevento jako ciekawe starożytne miasto.

Benevento to super niewypał, "miasto duchów" jak powiedzieli nam później miejscowi z Orvieto. Załatwiamy miejsca w jakimś starym czterogwiazdkowym hotelu, bo innych w okolicy nie widać. O 20:00 na ulicy żywej duszy, wszystko pozamykane, nawet nie ma gdzie zjeść. Jemy w końcu w dziwacznej knajpie, w której jesteśmy tylko my, bardzo drogie makarony i idziemy spać.

09.10.2007
Dziś jedziemy do Orvieto, już w Umbrii Wyprzedzając opis: warto to miasto zwiedzić, ponieważ ma ono swój klimat i jest niesamowicie położone, chociaż przed wyjazdem do Włoch nie miałem pojęcia, że takie miasto w ogóle istnieje.

Rano mijamy obwodnicą Rzym, odwiedzając tylko supermarket - zakupy podkoszulków (nie chce mis się prać) i czegoś do jedzenia na wieczór. Po południu dojeżdżamy do Orvieto. Miasto jest niesamowicie położone na płaskowyżu wystającym z okolicznych równin na jakieś 50-100m. Prowadzi do niego jedyna droga, kilka ścieżek ze schodami i kolejka linowo-terenowa. Samochodem wjeżdża się na jedyny większy parking, niestety płatny, co jest największym minusem Orvieto, bo bezpłatnych parkingów tu nie ma. Na dodatek w lecie jest tu pewnie ogromny problem ze znalezieniem miejsca.

Dalej już na piechotę, miasto nie jest duże, ale bardzo małe tez nie, więc szukanie hotelu czuje się w nogach. Ceny są tu wysokie i nie zachęcają, zwłaszcza że chcemy zrobić sobie przerwę i zostać 2 dni. Jest już bardzo późno, więc w końcu decydujemy się na prosty hotel (częściowo w remoncie, więc ceny znośne) na uboczu, przynajmniej miła pani mówi po angielsku. Nie chcemy zabierać dużej torby ze sprzętem nurkowym do hotelu, więc badamy temat przeparkowania gdzieś bliżej. Niedaleko jest placyk przy liceum z miejscami na 10 samochodów, wieczorem zwalnia się tam miejsce, a pani z hotelu tłumaczy jak tam wjechać. Jak się później okazało, nie jest to trywialne, ulicy są jednokierunkowe i poplątane, nawigacja przy takiej szerokości ulic nie działa wcale, na dodatek niektóre ulice może o 20cm są szersze niż samochód, w życiu po takich nie jeździłem.

Po 50 minutach męczenia się najpierw "na azymut", potem z nawigacją, a na końcu z Dianą prowadzącą przed samochodem, jeżdżenia pod prąd i ulicami wyłącznie dla pieszych, poddajemy się. Nie wiemy jak tam trafić. Czasami wydawało nam się (i jak się okazało później słusznie), że jesteśmy parę metrów od potrzebnego nam placu, ale ulica skręcała w odwrotnym kierunku. Żeby do końca to odczuć, trzeba zwiedzić Orvieto, ale tam łatwo się zgubić nawet pieszemu. A mówię o powierzchni nie większej od 1km kwadratowego. ;-)

Łapiemy w końcu miejscowego, żeby pokazał nam drogę, ale nie mówi po angielsku. Po kilku nie udanych próbach wytłumaczenia, gramoli się na tył na torby i tak jedziemy. Po 50m znowu zgubiłem kierunek, wielokrotnie skręcając, ale po kilku minutach byliśmy w potrzebnym nam miejscu, uff. Jeszcze zapłacenie za 2 dni parkingu w parkomacie, jeść i spać.

10.10.2007
Odpoczywamy w Orvieto, miasto bardzo ciekawe, dobrze karmią, chociaż dość drogo. W dzień zwalają się tu tłumy turystów, ale wieczorem jest luźniej, mało kto widać tu śpi. Największa atrakcja jest duża katedra "w paski" ;-), z XIII w. z olśniewającą fasadą w misterne ornamenty, rzeźby i mozaiki - przepiękne. Freski w kaplicy przedstawiają Apokalipsę - podobnie najbardziej sugestywnie na świecie.

W Orvieto podają smaczną porchettę, czyli pieczone prosie z ziołami, pokrojone w plastry, które w bardzo prostej wersji z chlebem i miejscowym białym winem smakuje doskonale.

Znajdujemy na uboczu bar z darmowym wifi, wieczorami więc tam przesiadujemy i planujemy dalsza drogę, bookujemy trochę hoteli, zaczynamy tez myśleć o bookowaniu hoteli w Chinach. Tutejszy barman to miły gość, dobrze mówi po angielsku (ten bar to przystań jakieś angielskojęzycznej ludności, może jakaś szkoła dla obcokrajowców jest w okolicy), dyskutujemy z nim trochę o tym, jak męczy go mafia.

11.10.2007
Wyjeżdżamy z Orvieto w kierunku Florencji, zwanej po włosku Firenze i cholera ciągle nie widziałem gdzie jechać, bo ta franca Firenza zupełnie mi do Florencji nie pasowała ;-).
Po drodze po południu zwiedzamy krótko Sienę. Bardzo ładna katedra, znowu pasiasta ;-) i rynek w kształcie muszli, znany większości z gonitwy Palio di Siena.

Wjeżdżamy do Florencji. Bliżej centrum wszędzie wiszą zakazy wjazdu, "pesi zona" jak mawiają sąsiedzi Czesi, ale miejscowi jadą, jedziemy więc i my, jakoś do hotelu trzeba się dostać. Parking (garaż) to zdzierstwo -25EUR za dzień, przy tym nieznajomy gość bierze od ciebie kluczyki i odjeżdża twoim samochodem niewiadomo gdzie ;-). Ale hotel w strefie pieszej, a w okolicy znalezienie miejsca do parkowania graniczy z cudem.

Degresja samochodowa:
Włochy to nie Niemcy i nie Szwajcaria. Nie ma więc problemu z jechaniem na zakaz, chwilowym staniem na awaryjnych gdziekolwiek, wymuszeniem pierwszeństwa, jechaniem w nocy pod prąd lub w strefie pieszej, a na południu i na czerwonym zdarza się miejscowym przejechać i nikt z tego problemów nie robi ;-). A policję widziałem raz na autostradzie, nikt się tam nie czai w krzakach albo pilnuje 70ki na Gierkówce.

12.10.2007
Florencja, jedno z ładniejszych miasto na naszej drodze. Próbujemy dostać się do muzeów, ale do najważniejszych bez szans, olbrzymie kolejki. Ładna katedra z baptysterium na rynku. Wieczorem idziemy przez pół miasta do ponoć najlepszej pizzerii neapolitańskiej. Straszny ścisk i omal nie face control do wejścia, pizza powiedzmy dobra, ale bez przesady.

13.10.2007
Rano wyjeżdżamy (samochód wraca z garażu cały), po drodze zwiedzamy Pizę. Katedra, wieża i okoliczne budynki znajdują się na ogromnym wypieszczonym trawniki, a całość wygląda trochę sztucznie. Moim zdaniem przesadzili z restaurowaniem, teraz całość wygląda nierealnie. Wieża owszem, krzywa, a na całe zwiedzanie wystarczy godzina.

Wieczorem próbujemy dojechać do Parmy (tej od szynki). Po drodze mnóstwo farmofabryk, ale ceny noclegów dochodzą do 100EUR za 3*, powariowali od tej szynki i parmezana (też od Parmy). Jeździ tu sporo Ferrari, chłopaki widać nieźle zarabiają. W końcu szukamy zakwaterowania w górskiej miejscowości dalej od Parmy, St. Andrea Bagni. Miejscowość o tyle ciekawa, że kończy się w niej droga, dalej już tylko góry i lasy. W samej miejscowości jakaś lecznica czy to wodna, czy błotnista (zamknięta, po sezonie), absolutny brak turystów i bardzo czyste, świeże powietrze.

14.10.2007
Dziś jedziemy do Wenecji. Nie jedziemy autostradą, więc praktycznie cały dzień, za to za darmo i ładna okolica do pooglądania. Wieczorem dojeżdżamy do Mestre, miasta na lądzie najbliżej Wenecji.

Mestre ma dobrą całodobową komunikację pociągami i autobusami z Wenecją, poza tym przy hotelu można znaleźć miejsce do zaparkowania samochodu. Cała Wenecja jest strefą pieszą, a jedyne parkingi znajdują się od strony wjazdu przy przystankach autobusowych, są drogie i niemiłosiernie zatłoczone.

Dobrym pomysłem więc jest nocowanie w Mestre, ponieważ hotele w Wenecji są bardzo drogie, te tańsze są raczej kiepskie, a dociągniecie tobołów z przystanku autobusowego lub dworca kolejowego jest raczej męczące. Drugi minus nocowania w Wenecji, to wysokie ceny jedzenia w knajpach, poza tym wieczorna Wenecja to niewypał. Nic nie podświetlone, ciemno, zimno i tylko czasami przemknie dziwny menel.

15.10.2007
W dzień to zupełnie co innego, polecam, ale nie na długo, myślę że po 2 dniach się znudzi. Mnie o wiele bardziej bawiło przejechanie się tramwajem wodnym, widoki są na prawdę przepiękne, czuć rytm miasta i widać że rzeczywiście jest to miasto na wodzie. Bardzo fajne jest oglądanie i fotografowanie barek dostawczych i ich załóg - policja, poczta, DHL, taksówki - to wszystko motorówki lub niewielkie barki. Dostawy wszystkiego, co jest sprzedawane w Wenecji odbywają się najpierw drogą wodną, a potem ręcznymi! wózkami (wszędzie są mosty i schody) już bezpośrednio do sklepów i knajp, chyba że mają one (a dużo ma) swoją prywatną przystań.

Pływając, można zauważyć, że miasto jest zamieszkałe dopiero od 2 pietra. Ocieplenie klimatu i podnoszenie poziomu oceanów widać tu gołym okiem: partery są już zalewane albo co najmniej podmokłe, a widać i na 1 piętrze nie jest za ciekawie z wilgocią.

Natomiast łażenie na piechotę przy ulicach szerokości 1-2m nie ma sensu, nie ma czego oglądać prócz wystaw sklepów dla turystów, a jedyną otwartą przestrzenią jest plac św. Marka z okolicą oraz fragmenty nabrzeża Canal Grande.

16.10.2007
Rano samochód nie odpalił, akumulator praktycznie zdechł, nie może przekręcić nawet pół obrotu. Skorzystałem z Assistance, po 1h przyjechała laweta i nas odpaliła. Podjechaliśmy do ich warsztatu, ale nas olano, mieli jakieś duży wypadek TIRów na autostradzie, znaleźliśmy więc po drodze serwis Fiata i za "jedyne" 110 EUR z wymianą Nissan dostał nowy włoski akumulator. No cóż, drogo, ale nawet nie miałem ze sobą kluczy, żeby go wykręcić. Zajęło nam to większość dnia: znowu padła pieprzona nawigacja, nie kupujcie Loox'ów, kupcie HP - chyba że problem w karcie Pretec'a - to dopiero syf, bo niby x133, a jest koszmarnie wolna. Ja na notebooku już mam gotową instalkę do wgrania na kartę, ale to paranoja i za długo trwa. Po południu gonimy autostradami i wieczorem jesteśmy w Mediolanie.

Dopiero teraz uszy mam ok.

17.10.2007
Milano, bardzo duże miasto, korki, wisi smog. Architektonicznie mi przypomina Budapeszt. Całkiem ciekawa, bardzo duża katedra.

Ale Milano, to przede wszystkim zakupy: mnóstwo wypasionych ludzi (sporo z nich to Rosjanie) biega po wypasionych butikach. My tez robimy sobie spacer po sklepach, ale zdecydowanie "windows shoping": widzieliśmy torebkę za ponad 11tys. EUR. Ale większość w okolicach 300-600EUR, wiec nie tak drogo. ;-)

Przechodzimy obok "La Scali", która w rzeczywistości jest małym brzydkim budynkiem i żadnego wrażenia na mnie nie robi.

Wieczorem, błądząc po jakichś slumsowatych dzielnicach emigrantów, jemy w lokalnej knajpie typu "tanie obiady", gdzie jest tylko jedno danie: "tourist set". Ale za 11 EUR dostaje się talerz włoskich przekąsek, zupę, drugie danie, deser i 0.5l wina na dwie osoby. Za takie pieniądze prawdziwy wypas, a na dodatek super dobre jedzenie! Jak wychodzimy, przed knajpa stoi kolejka ze 30 osób, a właściciel błaga, żeby inni już nie stawali, bo nie będzie mógł wszystkich nakarmić. ;-))), a w końcu zabiera większość ludzi z kolejki i prowadzi do innej, jak mówi podobnej, knajpy. I śmieszne i miłe, a w Polsce nie spotykane.

18.10.2007
Startujemy dość wcześnie, jak na nas, goni nas czas, przed nami 1200km w 3 dni, a jeszcze chcemy zaliczyć Fashion Outlet we Włoszech i zwiedzić w Bawarii zamek Neuschwanstein.

Do outletu w Bergamo docieramy szybko autostradą i z zegarkiem w ręku dosłownie biegamy dwie godziny - na więcej nie mamy czasu. Ceny może i dobre, ale nie ma marek, które znam i tak w zasadzie nie mam co kupić.

I znów jedziemy, już na północ, w kierunku austriackiej granicy. Planujemy spać gdzieś na brzegu Lago di Garda, zjeżdżamy więc z autostrady i jedziemy wzdłuż brzegu w poszukiwaniu noclegu. Widoki przepiękne, ale większość hoteli wielogwiazdkowa albo zamknięta, więc dość długo szukamy noclegu. W końcu śpimy w Maderno w hotelu "Diana".

Długo szukamy kolacji, knajpy pozamykane, otwarte są kompletnie puste, a ceny zniechęcają. Po obejściu prawie całego miasteczka trafiamy do knajpy, zapchanej miejscowymi - oczywiście, jedzenie wspaniałe, a ceny ludzkie! Rano czuć już wpływy austriacko-niemieckie - na śniadanie jest normalne jedzenie, a nie croissant z kawą.

19.10.2007
Wyjeżdżamy wzdłuż jeziora w kierunku północnym. Po dłuższej jeździe i milionie rozjazdów znajdujemy w końcu autostradę na Insbruk i mkniemy w kierunku austriackiej granicy, coraz wyżej i wyżej. Po przejechaniu kolejnego długiego tunelu tuż przed austriacką granicą ogromny szok: wyjeżdżamy z tunelu już w zimie: śnieg pada i leży dookoła, a my jesteśmy w podkoszulkach ;-))). Szybkie wyszarpywanie ubrań z toreb w bagażnikach, dookoła wszyscy robią to samo ;-), i biegiem do budki z winietami. A dalej znów jazda autostradami, przejechanie płatnego Euro Bridge (nie wiem dlaczego akurat on jest płatny, we Włoszech takich na autostradzie są dziesiątki) i kolejnymi tunelami do Niemiec. Granicę Niemiec mijamy właśnie w tunelu, po prostu wisi znaczek "D" - ja rozumiem że Schengen i takie tam, ale to już przesada - żadnej powagi dla instytucji granicy. No ale cóż, my tez wchodzimy do strefy Schengen, wiec trzeba się przyzwyczajać.

Do Hohenschwangau przyjeżdżamy późno, przez zamknięciem kas, a ja już jestem na tyle zmęczony, że nie zależy mi na zwiedzaniu wewnątrz. Więc po dość męczącej drodze po pół godzinie dochodzimy do zamku Neuschwanstein. Zamek jest przepiękny, rzeczywiście jakby bajkowy. Niestety pogoda nie dopisuje, jest już prawie zima, pada deszcz i jest zimno. Ale tu na pewno jeszcze wrócimy latem.

Już po ciemku wyjeżdżamy w kierunku zabookowanego wcześniej hotelu w okolicach Monachium. Pogoda koszmarna, wali deszcz ze śniegiem, a widać może na 20m. Oczywiście mamy problemy ze znalezieniem hotelu. W końcu kwaterujemy się, hotel przy samej drodze, ale przynajmniej ma dobrą knajpę. Jemy coś miejscowego, popijamy weissbierem (znakomite!) i spać.

20.10.2007
Cały dzień jedziemy autostradami przez Niemcy, te na południu są lepsze i trzypasmowe (brak ograniczenia prędkości), przy granicach z Czechami i Polską gorsze i dwupasmowe, z ograniczeniem do 130km/h ;-). Ruch niewielki, a na autostradach przygranicznych wręcz pustki.

Granice Polski mijamy ekspresowo, potem ok. 500m autostrady, zwężenie do jednego pasa i omal nie urywam zawieszenia, wpadając w ogromne dziury. Taaaaak, przyzwyczaiłem się do dobrych dróg, więc czas się odzwyczajać: Poland, home, sweet home ;-)

Wieczorem ledwie żywy dojeżdżam do Żar, dziś rekordowy przejazd w czasie tego wyjazdu - ok. 700 km.

21.10.2007 - niedziela
Spokojnie jemy śniadanie i wyjeżdżamy - już wiemy, że na wybory zdążymy.
Najpierw 70km drogami lokalnymi, następnie z 250km nową autostrada, zbudowana w sposób absolutnie idiotyczny, ponieważ bramki opłat nie są na wyjazdach, tylko co 50km na samej autostradzie. Już widzę jakie korki tu będą w lecie. Natomiast drugi odcinek autostrady, ten "nowszy", bliżej Łodzi, jest bezpłatny - zabrakło pieniędzy na bramki?? ;-)

Autostrada, jak to w Polsce, prowadzi donikąd, czyli do Strykowa. A stamtąd kolejne 120km koszmarnie zatłoczonymi przez TIRy starymi jednopasmowymi drogami do Warszawy.

W Warszawie najpierw na wybory, po to tak się śpieszyliśmy, bo jak PO znów przegra, a pier****** PIS wygra, to ja chyba w Chinach zostanę! A potem do domu, spać, prać, trochę odpocząć i zbierać się dalej.

Za tydzień wyjeżdżamy do Chin!

Podsumowanie:
- czas trwania wyjazdu: 33 dni
- przejechaliśmy: 8075km
- spalanie: 6.8l drogi lokalne, 7-8l autostrady, max.. 8.7l w cyklu mieszanym
- ceny 95 benzyny: min. 1.2EUR - max. 1.42EUR
- cena 2*- 3* hotelu lub pensjonatu przy drodze: min. 45EUR - max. 85EUR (4*)

(tekst Samochodem po Europie - autorzy: Diana i Wład)

Drukuj