Egipt - safari Top Północy (maj 2010)

Wyjazd był bardzo udany - pogoda dopisała, prawie nie bujało, prąd był mocny i było sporo rekinów.

A nawet Hammerhead 5m od nas. Jak na Egipt, to na prawdę coś...!

 

Dzień 1.
Sobota, wczesna pobudka, szybkie śniadanko, torby już spakowane, a taksówka czeka...
Na szczęście sobota, brak korków. Zaczynamy jak zawsze: zbiórka na Okęciu pod szybowcem.
Dlaczego tam, przecież nie jesteśmy latający, tylko pływający?
Ale co tam... ;-)

W kolejce do odprawy bagażu poruszenie i trochę walki o nadbagaż – trzeba dopłacać. Swoją drogą linie lotnicze powariowały – 15kg + 5 kg podręcznego ogranicza nawet zwykłego urlopowicza. A my po prostu nie mamy szans. Dalej szybkie zakupy w wolnocłowym, wiadomo, nie samym nurkowaniem człowiek żyje. ;-).

Lot o czasie, spokojny i sprawny, chociaż nie bardzo lubię te egipskie czartery. W Hurghadzie kolejny wolnocłowy, dla tych co myślą że im braknie ;-), chwila jazdy autobusem i już jesteśmy w nowej marinie „Sports Club”, gdzie cumuje nasza łódź „Safy Mar”.

Okrętujemy się, rzeczy do kabin, sprzęt pozostaje na dive deck'u – każdy wybiera sobie butlę na której się „skręci”. Dla zapobiegliwych dostępne są 15tki. To będzie jego miejsce na najbliższe 7 dni. Najszybszym skręcenie sprzętu zabiera 20 minut, najwolniejsi, mający do skręcenia sprzęt audio-video wożą się kilka godzin.

W Hurghadzie gorąco, 37C, ale nie można narzekać – w końcu przyjechało się tu właśnie po słońce i ciepłą wodę. Marina jest w nowej części Hurghady, od razu przy promenadzie, część idzie na lody i … tu zaskoczenie … kolejny raz do wolnocłowego, bo nie ma nic gorszego jak na morzu braknie. ;-)

Wieczorem impreza, ale dość delikatnie.

Śpimy w marinie, dokucza gorąco i spaliny z generatorów innych łodzi – tu jeszcze nie doszli, że łódź można podłączyć bezpośrednio do siły – a czy kiedyś dojdą?

Dzień 2.
Rano wypływamy, kierunek rafa Abu Nuhas.
Po drodze robimy check dive. Jak to na check dive - dużo check, mało dive. Rozrywka przewiduje zdejmowanie maski i pływanie z partnerem oddychając z jego oktopusa. No cóż, masek zdejmować nikt nie lubi... Rafa tu mocno zniszczona przez tonących checkdivewowiczów ;-), ale można poćwiczyć pływalność i zastanowić się nad ilością ołowiu.

Drugi nur tego dnia jest już na Abu Nuhas – nurkujemy na Ghianis D. Pogoda dopisuje, praktycznie brak falowania. Nur przyjemny, schodzimy do samego dna, oglądamy maszynownię – silnik i jakiś bojler. Potem łazimy po nadbudówce. Lenimy się i na dziób nie płyniemy – oglądamy go tylko z góry w czasie przystanku.

Trzeci, nocny nur tego dnia robimy na Shab Mahmoudat. Jedyny komentarz to taki, że w zasadzie można by było go nie robić, bo rafa zniszczona i w zasadzie prócz krewetek nic nie ma.
W sumie najlepiej było bezpośrednio pod łodzią ;-)

Dzień kończymy późno, więc impreza bardzo delikatna.
Zrywa się wiatr, a i falowanie zwiększa się. Jutrzejsze odwiedziny Rosalie Moller są pod znakiem zapytania.

Dzień 3.
Pobudka przed szóstą i zła wiadomość – wieje, więc nie robimy Rosalie. Szkoda...
W dzisiejszym planie Shark i Yolanda reef, Dunraven oraz wieczorne i nocne nurkowanie na Thistlegormie.

Szybko dopływamy na Shark i Yolanda, łodzi na szczęście nie dużo, jest jeszcze za wcześnie na tłumy z Sharmu. Yolanda zaskakuje nas dość mocnym prądem, więc trzeba było trochę się namachać. Nie za bardzo też było jak utrzymać się na końcu „przy kiblach”, więc przystanek robimy praktycznie w toni. Sama rafa jakoś nie obfituje życiem, chociaż spotykamy tuńczyki oraz ławice karanksów.

W czasie śniadania i przerwy zmieniamy miejsce na Dunravena. Trochę wieje i znów silny prąd. Dunraven w sensie wrakowym nie jest może bardzo spektakularny, ale jest ładnie porośnięty i można wpłynąć do środka. Zestaw ryb w miarę standardowy: kilka napoleonów, które spotykamy praktycznie na każdym nurze oraz polujące tuńczyki i karanksy w toni.

Po Dunravenie przerwa, większość odsypia imprezy oraz wczesne wstawanie, a łódź przemieszcza się do Thistlegorma, „spécialité de la maison” każdego safari wrakowego.

Kotwiczymy w okolicy dziobu – niestety głośno odtrąbiony przez HEPCA system bojek kotwicznych przeżył tylko chwilę i nadal jest po staremu. Czyli każdy kotwiczy ja się da i do czego się da. My jesteśmy dobrze uwiązani do ciężkich łańcuchów kotwicznych, ale niektóre łódki są zacumowane wręcz do elementów ruchomych – kiedyś Thistlegorm po prostu rozpadnie się rozszarpany przez łodzie nurkowe. I dzień ten niestety nie jest wcale tak odległy.

Na samym wraku oczywiście są tłumy i widać postępującą degradację – jest mocno inaczej niż pięć lat temu. Szyby w wielu samochodach powybijane, brak kierownic. Motory też kiedyś miały kierownice. W zasadzie urwane lub odkręcone jest już wszystko, co można było zabrać na „pamiątkę”. Ci, którzy jeszcze Thistlegorm nie odwiedzili, śpieszcie się, bo warto, a jest coraz mniej do zobaczenia, a i całkowity zakaz nurkowania jest w kółko powracającym tematem.

Ok, wystarczy degresji, czyli zanurzamy się na Thistlegormie po południu. Pod wodą już ciemnawo, co potęguje efekt mroczności. Lubię tę porę dnia na wrakach (i nie lubię na rafie), można włączyć latarkę i wydobyć z mroku szczegóły i kolory, a zarazem nie jest jeszcze ciemno, więc widać otwory, przez które wpada światło, stwarzające dodatkową atmosferę.
Prądu praktycznie nie ma, więc zupełnie leniwie zwiedzamy cały wrak, odwiedzamy oderwaną rufę (polecam genialne ujęcie „od spodu” pod światło armatki przeciwlotniczej) i śrubę. Pod rufą spotykamy gigantyczne wręcz graniki wielkości dorosłej osoby. Wracamy odrobinę wyżej wzdłuż pokładu. Na wraku jest mnóstwo życia: duże grupery, ławice trevally i snapperów, dużo skrzydlic, tuńczyki, ogromne batfishe. Widzimy nawet kilka ślicznych ślimaków nagoskrzelnych.
Na deser robimy ładownie dziobowe – jak zawsze super – ciężarówki, przyczepy oraz motory - szkoda mi tylko tych kierownic... No i tłumy, niektórzy gotowi człowieka zadeptać nie zwracając uwagi na nic. Czasami warto więc chwilę poczekać, aż „wycieczka” sobie popłynie i być chwilę w ładowni samemu – na prawdę warto.

Nocne na Thistlegormie? Brzmi nieźle?! Ale co do niego mam mieszane uczucia.
Na początku niesamowity tłum (który na szczęście gdzieś w środku naszego nura sobie poszedł).
Ciemno, więc nawigacja dość utrudniona, trzeba znać wrak, bo nie widać przejść.
A i fotograficznie chyba gorzej – zdecydowanie lepsze jest jakieś światło w tle niż absolutna czerń.
To jak „nocne” zdjęcia lądowe – zdecydowanie fajniejsze są z późnego wieczoru, kiedy niebo ma granatowy kolor, niż te z głębokiej nocnej czerni.

Dzień 4.
Następny dzień, jeszcze wcześniejsza pobudka, żeby wyprzedzić tłumy na Thistlegormie. I... nie udało się jak zawsze, ponieważ inne łódki myślą dokładnie tak samo... Żeby wyprzedzić tłum, trzeba chyba wstać o 4:00.
Pod wodą tłumy, wielopoziomowe „wycieczki” płynące gęsiego przypominają sceny z filmów science fiction o miastach przyszłości z wielowarstwowym ruchem lotniczym, a chwilowe zatrzymanie się grozi natychmiastowym potrąceniem i zadeptaniem. Płyniemy więc karnie ze swoją gąsienicą starając się nie zgubić. Program zwiedzania znany, więc nie będę się powtarzać.
Thistlegorm to bardzo fajny wrak, jakby tylko nie te tłumy...

Wynurzamy się, Safy Mar odpala silniki i w drogę. My jemy śniadanie, obsługa bije butle.
Pogoda dobra, prawie nie ma falowania – sielanka... Dobijamy jeszcze raz do Abu Nuhas by zrobić Carnatica. To ładny wrak, a dobrze ujęta „kratownica” wygląda bardzo fotogenicznie. Robimy też klasyczne ujęcie przez dziurę po bukszprycie. Mamy spory zapas czasu, więc zwiedzamy rufę, a sam wrak przepływamy kilka razy. Pogoda dalej dobra, chociaż Abu Nuhas jest od nawietrznej i wzmaga się falowanie.

Odpalamy silniki i teraz czeka nas długa podróż na Brothersy.
Nie?! Okazuje się że płyniemy do Hurghady. Za bardzo lubimy Nitrox i musimy załadować nowe butle z tlenem. Plan więc ulega zmianie – ostatni nur tego dnia to wieczorny nur na El Minie.
W sumie to ładny i trochę niedoceniany wrak, po prostu widoczność na nim nie rozpieszcza. Tak jest i tym razem, 5-7 m to wszystko na co stać przybrzeżne wody Hurghady. Ale za to można obejrzeć z bliska mało używaną torpedę...

Dzień 5.
Kolejny dzień, płynęliśmy całą noc, ale przelot spokojny, praktycznie nie kołysało.
Półmetek safari. Duży Brat, słynne Brothersy. Mocno wieje, ale pogoda jak na środek morza dobra.
Dziś 3 nury na Dużym bracie, jutro 3 na Małym.

Na Brothersach trochę się sprawdza to, że nim pogoda jest gorsza, tym jest większy prąd, a wtedy i większa szansa na spotkanie z rekinami. Jeśli prąd jest słaby to rekinów raczej nie będzie.
Żeby zobaczyć tu rekiny dobre są 2 strategie:

  1. Przelot z prądem, jak najgłębiej pozwalają nam uprawnienia – 40m na początek jest ok. Odejdźmy też od rafy w blue, 10-20 m, oczywiście nie tracąc jej z oczu. Jeśli mamy możliwość poczekać, to przepuśćmy inne grupy – tłum spotkaniom z rekinami nie służy. No i teraz cały nur obserwujmy blue poniżej nas po przeciwnej stronie niż rafa – jeśli rekiny są, to będą właśnie tu.
  2. Rekiny powoli się uczą, że można pożywić się resztkami pod łodziami. Jest też tam dużo ryb, więc może na nie polują, a przynajmniej są przyciągane obecnością ryb. Niestety tez na niektórych łodziach zaczyna się proceder dokarmiania rekinów. Więc strategia nurkowania „podłodziowego” jest następująca: czekamy aż duża grupa pójdzie realizować strategię Nr 1 – jak wiadomo tłum nam nie służy – i w małej grupie skaczemy z łodzi i przeczesujemy powoli w toni obszar pod łodziami na głębokości 10 - 20 m. Oczywiście nur taki odbywa się w 100% w toni raczej bez widoczności rafy i wymaga dobrej kontroli pływalności oraz podstaw nawigacji.


Pierwszy nur. Wyrzucono nas z zodiaków nad północnym plateau, przy wraku Numidii. Wrak ładny i wart odwiedzenia ale, jak mawiają na Malediwach prąd „small to medium” w łeb i długo walczyć nam się nie chce. Więc szybka 40ka i lecimy z prądem. Powoli się wypłycamy i kończymy pod łodzią. Hmm, teoria Nr 1 się nie sprawdza, widać musimy przetestować teorię Nr 2.
Ale na głębokości widzimy duże tuńczyki i napoleony, które towarzyszyć nam będą na wszystkich nurkowaniach na Brothersach.

Nur drugi, lecimy z prądem po wschodniej stronie. Wyskoczyliśmy z zodiaka w połowie wyspy i chyba za wcześnie, bo prąd mocny. Lecimy dość płytko wzdłuż rafy, dużo drobnicy ale nic szczególnego się nie dzieje. Po 12 minutach dolatujemy do końca wyspy, prąd się kończy i dopływamy do łodzi. Mamy mnóstwo powietrza, więc zwiedzamy okoliczną rafę dochodząc prawie do latarni. Wracać z buta już nam się nie chce więc wynurzamy się i „zamawiamy” zodiaka.

Nur trzeci, widzieliśmy rekiny z łodzi, więc zdecydowanie jest dobry czas na przetestowanie teorii Nr 2. Schodzimy na 15m i odpływamy jakieś 20 m od łodzi. Przeczesujemy blue i proszę – już są. Prawie cały nur okrążali nas dwa 1,5-2m długości grey reef sharki, a 3 napoleony (w tym jeden prawie wielkości człowieka) uparcie zasłaniali nam widok rekinów.

Oczywiście wieczorem na łodzi wielka feta czyli big shark party z okazji zobaczenia tychże.

Dzień 6.
Dzień przedostatni, o 5:00 ryk silników, przenosimy się na Małego brata. Tylko 3 łodzi, więc znowu korzystnie cumujemy na końcu wyspy – na koniec nura można dopłynąć do łodzi. Na tym wyjeździe zodiaki jakoś nie są lubiane.

Nur pierwszy, testujemy teorię Nr 1 czyli zaczynamy od mocnego prądu na północnym krańcu, szybko schodzimy na 40m i oddalamy się trochę w toń. I cóż, teoria Nr 1 też nie jest zła. Pod nami, 1, 2, nie – 3 … w końcu ... 7!, siedem szarych na jednym nurze na Brothersach to już coś. Nie są może blisko, my na 40stce, one między 50m a 60m, ale są całkiem dobrze widoczne. Dalej jest jeszcze lepiej, mrugnął nam w toni większy hammerhead. No cóż, też super.
Zaraz, a to co? Kurcze, teraz duży młot jest 3 m od nas i się przygląda … eee, na pewno jesteśmy mało jadalni, twarda butla no i te rurki, fuj... zobaczyć głowomłota tak blisko i na dodatek we wspaniałym oświetleniu to naprawdę coś. A na końcu pod łodzią czekał na nas bonus. Duży 3m oceanic white tip z całą gromadą pilot fishy.
Rewelacyjny nur! Na łodzi nie było końca zachwytom!

Drugi nur robimy z drugiej strony Małego brata. Na początku głęboko, widzimy w oddali kilka rekinów szarych. Po drodze, lecąc z prądem mijamy wspaniały las gorgonii, z których Mały brat słynie i jak zawsze towarzyszą nam napoleony, tuńczyki i duże emperory. Pod łodzią czeka na nas trochę mniejszy white tip – też nieźle, powoli przyzwyczajamy się do nurkowań z rekinami, a przecież niektórzy latami jeżdżą do Egiptu i nie spotkali jeszcze rekina.
Jest dobrze!

Na trzecim nurze przesadzamy trochę z odległością od łodzi. Wyrzucają nas daleko na północnym plateau, na początku prąd bardzo mocny, ale zwiewa nas na stronę zachodnia, gdzie prądu absolutnie brak, więc mozolnie pedałujemy przez pół godziny do łodzi. Prąd się skończył i atrakcje też – na wieczór przy rafie jakoś pustawo, tylko drobnica się cieszy, bo akurat nikt jej nie zjada i na 5m słoneczko doświetla ładny kolor. Ale, ale – po drodze, 2 łódki przed nami – 3 rekiny szare i jeden oceanic white tip pod łodzią. I wcale się nie boją – jakoś mam dziwne odczucia, że są dokarmiane, więc wolimy nie podpływać za blisko, trzymamy się w odległości 5-10m. Ale jak ktoś potrzebuje dobre zdjęcia, to spokojnie można podpłynąć bliżej.

Ostania noc i ostania impreza, ale jakoś wyjątkowo spokojnie. Na dodatek cud chińskiej techniki w egipskim utrzymaniu, czyli przenośny pokładowy głośnik bucząco-dudniący ostatecznie się popsuł i na spokojnie słuchamy muzyki z licznie reprezentowanych laptopów.

Dzień 7.

I cóż, wstaje świt i ostatni dzień naszego safari witamy na Elphinstone.
Niezły rozrzut, ale następne safari robi Południe, więc wolą niewolą my kończymy w Marsa Alam. Nur niezły, nawet jakieś cienie rekinów. Niestety tłumy nurków, a RIBy z Marsa cały czas dowożą kolejnych. Zostaje nam akurat 24h do wylotu, więc to jest ostatni nasz nur na tym safari.

Resztę dnia spędzamy odpoczywając, susząc i pakując sprzęt.
Część wybiera się na zwiedzanie Marsa Alam, by coś zjeść i kupić prezenty.
W ramach egzotyki wracamy do kotwicowiska łódki tutejszym transportem miejskim, czyli otwartym pickup'em.

A potem już jak zawsze, nocny transfer do Hurghady, przepychanki o nadbagaż na lotnisku (chyba trzeba powołać na Facebooku grupę „Jak ku*** mam się spakować w 15kg na nurki do Egiptu???”) i home, sweet home: +10C i leje – właśnie zaczyna się powódź...

Podsumowując, trafiliśmy w wyjątkowo dobrą pogodę, słabe falowanie, a wiało tylko 2 dni.
Czasami nawet było odrobinę za gorąco. Widoczność niestety nie była oszałamiająca i wahała się w granicach 20-30m – rafa w maju dość mocno pyli i zwłaszcza duże „farfocle” uprzykrzają życie fotografom.

Zważając na wiele zobaczonych rekinów i znakomite towarzystwo jak nad tak i pod wodą, safari udało się rewelacyjnie...


(Tekst: Egipt - safari Top Północy (maj 2010), Autor: Władysław Jefimow)

Drukuj

Portfolio