Chiny (listopad - grudzień 2007)

Długo zbieraliśmy się do Chin. I w końcu pojechaliśmy... To był długi wyjazd: 50 dni.

Tu można zobaczyć trasę podróży w Google Maps


29.10.2007
A więc podróż rozpoczęta! Po całym tygodniu siedzenia "w internecie" i załatwiania hoteli (w pierwszych 3 miastach), trasy itd., itp. spakowani do plecaków wyruszyliśmy na wschód. Lot mamy z Warszawy do Pekinu z przesiadką i 3 godzinną przerwą w Moskwie. To nawet lepiej, bo przynajmniej można pochodzić, więc nogi nie tak bardzo się męczą. Jedynie samo lotnisko Szeremet'jevo 2 nie jest zbyt fajne, bo miejsc do siedzenia jest bardzo mało, przestrzeni też nie za dużo, a duty free po jakimś czasie się nudzi.

Ale co tam - i tak Szeremet'jevo 2 jest 100 razy lepsze niż Szeremet'jevo 1, które jest 10 razy mniejsze niż "2" i w ogóle nie posiada duty free, jest w nim jedna kawiarnia i 10 miejsc siedzących, więc nie ma co narzekać.

Do Moskwy - 2 godziny Tupolewym (strasznie ciasno), z Moskwy do Pekinu - 7 godzin Boeingiem. W samolocie najwięcej było "chelnokov" - jak nazywają ich Rosjanie - czyli ludzi "z bazaru" latających tam i z powrotem za towarem do Chin. Ale było też trochę turystów.

Niektórzy rosjanie od razu po starcie "rozlozhili polanu", czyli wyciągnęli wszystko co zdążyli kupić w duty free (łosoś, kurczak wędzony, kiełbasa, ser, chleb itd. - w rosyjskim duty free można kupić wszystko co potrzebne do porządnej imprezy) wraz z alkoholem i rozpoczęli imprezę. Na początku nawet nie było źle, ale po kolejnej flaszce whisky na trzech im w ogóle nie chciało się spać, więc sobie rozmawiali, tyle że krzycząc bo chyba ogłuchli od tego alkoholu. Ponieważ była już głęboka noc, a bezpośrednio za nimi siedziała jakaś angielka w średnim wieku, zaczęła się awantura. Po zaangażowaniu stewardessy doszło do tego że szefowa lotu przyszła z gościem z ochrony i najbardziej głośnemu z facetów dała do podpisu dokument, w którym mówiło się, że bierze on na siebie całą odpowiedzialność i koszty międzylądowania w Nowosybirsku w celu jego wysadzenia.
I to nareszcie podziałało! Chociaż i tak angielka została przesadzona do business klasy.
Reszta lotu już minęła normalnie.

30.10.2007
Pekin (Beijing)

Przed lądowaniem (o 6 rano) rozdali wszystkim aż po 3 różne karty do wypełnienia - jedna "zdrowotna", druga celna, a trzecia "wjazdowo-wyjazdowa", w niektórych pytania były tak szczegółowe a jednocześnie tak dziwnie zagmatwane, że ciężko było się połapać o co im chodzi, niektórzy Rosjanie w ogóle nie wiedzieli jak to wypełnić więc pytali wszystkich naokoło, ale to raczej dlatego że nie znają angielskiego (przecież wszędzie można się dogadać po rosyjsku ;)).

W samolocie poznaliśmy młodego prawnika z Moskwy (Ormianina z pochodzenia) - Miszę. Leciał on spotkać się z kolegą i razem z nim zwiedzić trochę Chin w ciągu 1,5 tygodnia. Ale był on całkowicie nie przygotowany - nie miał ani mapy, ani przewodnika, ani odpowiednich ubrań (przecież był już prawie listopad i 5-10 stopni C). A ponieważ jego kolega miał trochę później od niego przylecieć z Szenzhen, to Misza chętnie z nami zabrał się do hotelu.

Już na lotnisku człowiek przeżywa ogromny szok, bo jednak kiedy wokół ciebie większość ludzi rozmawia w całkowicie niezrozumianym języku, większość napisów też jest w tym języku, to zaczynasz czuć się nieswojo.
Ale mieliśmy przecież przewodnik Pascala! (bez niego ani rusz!) Więc przy jego pomocy znaleźliśmy odpowiedni shuttle bus do metra (po 16 Y od os.). Dla orientacji: 1 Yuan lub RMB = mniej więcej 1/3 złotego.

Shuttle busów tam jest 4 czy 5 linii, każda ma swoją trasę i staje na odpowiednich przystankach, więc należy uważnie je wybierać. Na szczęście w opisie naszego hotelu w internetowym serwisie był bardzo dokładny opis dojazdu z lotniska. Dodatkowo w autobusie, ponieważ rozmawialiśmy z Miszą po rosyjsku, jeden z chińczyków też się odezwał i okazało się, że on kiedyś studiował w Rosji, więc zna trochę rosyjski. Z jego dodatkową pomocą wyszliśmy na odpowiednim przystanku i przesiedliśmy się do metra.

Metro w Pekinie ma 4 linie, bilet kosztuje 2 RMB za jeden przejazd niezależnie od trasy i czasu jazdy. Od wyjścia z metra do naszego hotelu musieliśmy przejść jeszcze 300 metrów. Cała podróż od wyjścia z lotniska do hotelu zajęła nam około 1,5 godziny, przy czym 35 minut jechał sam shuttle bus.

W Beijingu (Pekinie) spaliśmy w hotelu Hutong Inn (www.Hutong-Inn-Hotel-Beijing.com), który się znajduje jak nazwa wskazuje w rejonie hutongów, czyli starego budownictwa.
Normalnie w rejon hutongów prowadzą płatne wycieczki turystów - nam nie trzeba było, ponieważ wokół naszego hotelu było 99% hutongów za darmo ;).
Hotel jest bardzo przyjemny - nawet na koniec naszej podróży po Chinach, kiedy zwiedziliśmy mnóstwo różnych hoteli, uważamy że miło w nim zatrzymać się w Pekinie. Pokoje są raczej dwugwiazdkowe (czysto ale ciasno), za to mają miłą obsługę, dodatkowo prawie wszyscy mówią po angielsku! Co jest bardzo w Chinach bardzo rzadkie.

W Chinach jest obowiązek meldunkowy dla wszystkich, więc zawsze w hotelu należy wypełnić formularz. Na szczęście za nas prawie wszędzie wypełniali go recepcjoniści. Niestety zajmuje im to zazwyczaj bardzo dużo czasu, ponieważ oni oglądają nasze paszporty tak jak byśmy my oglądali ich chińskie, więc ci którzy nie mówią po angielsku zazwyczaj spędzają nad twoim paszportem 10 minut szukając np. nazwiska ;).

Dodatkowo we wszystkich hotelach wymagają depozytu (od 100 do nawet 500 Y) za pokój, który zwracają przy wymeldowaniu się. Najlepiej też przy meldowaniu się zapłacić za cały pobyt z góry, inaczej można na następny dzień spotkać się z niedziałającym kluczem, który trzeba będzie updateować na recepcji tłumacząc kolejny raz, że zapłacisz przy wyjeździe.

Po spełnieniu wszystkich formalności ulokowaliśmy się w naszym malutkim pokoju (pokoje nie grzeszą w tym hotelu rozmiarami), a nasz rosyjski kolega zaczął negocjować z managerką hotelu cenę dla jego pobytu. Długo to trwało, chodzili oglądać pokoje itd. Ale w końcu się udało. Dodać należy, że bardzo ważne jest oglądanie pokoi, ponieważ często mogą na początku proponować pokój który np. nie ma normalnego okna, a ma mini-okienko na korytarz. Wiadomo, że taki pokój jest tańszy, ale niektórym może to przeszkadzać.

Ponieważ było jeszcze przed 10 rano managerka hotelu zaprowadziła nas do barku w hotelu gdzie mogliśmy załapać się na resztki śniadania. Niestety nie było to śniadanie naszych marzeń - jedynie co było o tej godzinie to tosty, dżem, masło i kawa. W następne dni stwierdziliśmy że jest to najbardziej jadalne, ponieważ reszta chińskich dań nie była zbyt smaczna dla nas (ryż z warzywami na dziwnym oleju, pieczywo na parze i zimne zawijańce z ciasta na racuchy). Więc czekało nas kilka takich samych nudnych śniadań z tostami w roli głównej.

Trochę odpoczęliśmy i po południu spotkaliśmy się z Caren - dziewczyną, którą poleciła nam nasza znajoma amerykanka. Szczerze mówiąc, amerykanie są jednak dziwni - nasza znajoma nazywała Caren i jeszcze kilka osób które poznała w Chinach "friend", więc oczekiwaliśmy, że Caren będzie przynajmniej pamiętać o niej i odniesie się do nas jak do znajomych. Tymczasem Caren długo nie mogła sobie przypomnieć o kim mówimy i byliśmy dla niej tylko kolejnymi turystami, których za pieniądze (200Y za dzień) ona oprowadzi po Pekinie i okolicach w ciągu 3 dni.

Nie możemy narzekać - dziewczyna bardzo miła, uczynna itd. Była trochę zaskoczona, kiedy powiedzieliśmy że nie chcemy wszędzie jeździć taksówkami, tylko normalnym transportem miejskim, tym bardziej że w Pekinie jest dobrze rozbudowane metro. Jak już później zrozumieliśmy chińczycy myślą, że wszyscy obcokrajowcy jeżdżą tylko taksówkami, jedzą tylko w najdroższych restauracjach, ubierają się tylko w najdroższych butikach i takie im proponują. Dlatego musieliśmy Caren uświadomić, że nie jesteśmy "kapitalistami", tylko normalnymi ludźmi, więc chcemy zobaczyć, jak żyją zwykli chińczycy.

Wieczorkiem idziemy pospacerować w okolicach Zakazanego Miasta i spróbować pierwszej "prawdziwej chińskiej kuchni" w knajpce wyglądającej na stołówkę z ceratkami i kuchnią prawie na ulicy. Caren zamówiła nam asekuracyjnie ryż, bakłażany, seler i kukurydzę. Zieloną herbatę tam chyba nie wliczają - przynoszą ją standardowo w dużym czajniczku nawet nie pytając. Za wszystko na trzech wyszło 78 Y, czyli około 26 zł - całkiem nieźle. Ponieważ byliśmy wykończeni podróżą i zmianą czasu (w Polsce wtedy była już 4 rano), poszliśmy na kawę. Caren długo szukała kawiarni dla nas, ale udało się. W malutkiej kawiarence z dwoma stolikami wypiliśmy kawę z ekspresu, która po miesiącu spędzonym we Włoszech w ogóle nie smakowała. Za trzech zapłaciliśmy 68Y - prawie tyle samo co za pełnowartościowy posiłek z herbatą ?! Wtedy też zrozumieliśmy, że na czas podróży po Chinach należy zapomnieć o kawie w knajpie i pić tylko tą, którą zabraliśmy ze sobą z Polski.

Caren zaprowadza nas jeszcze do galerii artystycznej, gdzie ona podobno pracuje. Jest tam dużo typowych chińskich malowideł na ryżowym papierze i przyklejonych na jedwab. Od małych do dużych. Niektóre bardzo ładne. Ale niestety cena - 200Y za jeden o wielkości ok. 40x100 cm! A zazwyczaj jest to komplet "4 pory roku", więc najlepiej kupić wszystkie za 800Y. Drogo. Poza tym teraz nic nie możemy nawet kupić, ponieważ przed nami cała podróż, i te malowidła po prostu nie przetrwają. Niektóre są naprawdę majstersztykami - malowane z najdrobniejszymi szczegółami. Trzeba będzie zastanowić się nad kupnem w drodze powrotnej.

Jednocześnie w tej że galerii zobaczyliśmy jeszcze kilka turystów z ich chińskimi "guideami", którzy mówili prawie to samo co nasza Caren. Poza tym jak weszliśmy do tej galerii, to nie zauważyłam takiego przywitania się Caren z pracownikami galerii jak z kolegami z pracy. Dlatego zaczęło się nam wydawać, że przewodnik Pascala ma rację - bardzo dużo chińczyków przedstawia się turystom jako studenci Instytutu Sztuk Pięknych i prowadzą do galerii, gdzie podobnie sprzedają swoje prace. A prawdopodobnie są umówieni z galerią, że będą przyprowadzać turystów i np. otrzymywać prowizję od sprzedanego towaru turystom. Nie wiemy czy mamy rację, ale zweryfikować się tego nie da - nigdy nie da się zrozumieć, czy chińczycy mówią tobie prawdę, czy kręcą, czy żartują.

Ponieważ kawa nam pomogła przeżyć tylko następne 5 minut, umówiliśmy się na jutro z Caren i poszliśmy do hotelu spać.

31.10.2007
Beijing

Po śniadaniu jedziemy na plac Tiananmen aby spotkać się z Caren. Plac faktycznie jest największy na świecie (ponad 40 ha) i robi wrażenie. Na nim w ciągu dnia jest mnóstwo ludzi, turystów i sprzedających wszelkiego rodzaju suweniry. Ale oprócz przejścia z jednego końca na drugi nie ma więcej co tam robić. Plac jest ogrodzony wokół barierkami i tylko w niektórych miejscach można wejść i wyjść. Nie wolno po nim jeździć, nawet rowerami. Po trzech stronach placu są duże budowle w stylu radzieckim - Pałac Narodu, Muzeum Historii Chin i Muzeum Rewolucji Chińskiej. Na środku placu jest mauzoleum Mao, do którego ciągle stoi duża kolejka - przecież wszyscy chińscy turyści muszą go odwiedzić.

My sobie odpuszczamy - nie bawi nas oglądanie nieboszczyka. Po zrobieniu kilku zdjęć idziemy do Zakazanego Miasta. Jest to potoczna nazwa kompleksu pałacu cesarskiego Gugong, ponieważ przez 500 lat, w których mieszkali tam kolejni 24 cesarzy, zwykłym ludziom nie wolno było zbliżyć się do murów tego kompleksu. W skład tego kompleksu wchodzi 800 budowli, więc zobaczyć wszystko w normalnym czasie się nie da. Poza tym wg nas Zakazane Miasto jest przereklamowane. Ogromne terytorium z małą ilością zieleni i mnóstwem turystów. Budowle prawie wszystkie są takie same. Wewnątrz prawie nic nie można zobaczyć - niektóre pomieszczenia w ogóle zamknięte, niektóre mają otwarte drzwi, ale w drzwiach wisi łańcuszek, za który nie można przejść. A bez wejścia nic nie widać, bo wewnątrz jest bardzo ciemno. W związku z tym cały tłum stoi przed łańcuchem i błyska fleszami. W ogóle chińczycy nie są mocni w wyeksponowaniu eksponatów w takich pałacach. A za wejście biorą 60Y za osobę.

Poszczególne budynki u nich służyły do różnych czynności - oddzielnie do ubierania się przed ceremonią, inna dla skupienia się przed ceremonią, inna dla narad, itd. Najzabawniejsze dla nas są nazwy ich poszczególnych pałaców - np. Pawilon Najwyższej Harmonii, Zachowania Harmonii, Jedności, Ziemskiego Spokoju, Niebiańskiej Czystości, Doskonalenia Umysłu - oni tak mogą bez końca ;).

Potem pojechaliśmy taksówką do Świątyni Nieba (Tiantan). Jak zawsze w Chinach świątynia to nie jest jeden budynek, tylko kompleks zazwyczaj różnych budynków i zazwyczaj otoczony parkiem. Właśnie taka też jest Świątynia Nieba. Jak dla nas - o wiele lepsza niż Zakazane Miasto. Odbywały się w niej najważniejsze ceremonie państwowo-religijne. A główny budynek Pawilon Modlitwy Rocznej jest naprawdę piękny - zbudowany z drewna bez gwoździ i mający kształt kolisty z potrójnym dachem z błękitnych dachówek.

Po Świątyni Nieba byliśmy już porządnie zmęczeni i głodni - zwiedzanie chińskich świątyń jest ciężką pracą, ponieważ wszystkie ich zabytki są bardzo rozległe, więc aby cokolwiek zobaczyć trzeba się mocno nachodzić. A robić w trakcie zwiedzania przerwę na obiad jest trochę bez sensu - po-pierwsze uciekają cenne minuty słońca, kiedy można robić zdjęcia, po-drugie bez wychodzenia ze świątyni można zjeść tylko w knajpkach lub fastfoodach wewnątrz świątyni (zazwyczaj robią takie na obrzeżach, bo przecież inaczej chińczycy poumieraliby z głodu - oni muszą prawie nieustannie jeść), które wiadomo, że są o wiele droższe niż normalne knajpki, a do tego wcale nie są smaczne.

A więc udaliśmy się na obiad. Tym razem Caren zaprowadziła nas do restauracji specjalizującej się w typowym pekińskim daniu - kaczce po-pekińsku ;-). Podają oddzielnie kawałki pieczonej kaczki bez kości, ale niestety ze skórką, bardzo cienkie placki z ryżowej mąki, pokrojone w długie paski por, ogórek, sos ciemno-brązowy (ale nie sojowy). Należy na placku ułożyć kawałki kaczki, poru i ogórka, zwinąć w rulonik i maczając w sos gryźć. Uważam, że dopóki kaczka i placki są ciepłe, i jeżeli kaczkę oczyścić ze skórki, to będzie to całkiem dobre. Ale nie powiem, żeby było to zachwycające. W zestawie przed podaniem kaczki podają "zupę z kaczki", piszę w cudzysłowie, bo jak dla nas ciężko było to nazwać zupą, raczej wodą, w której ta kaczka się gotowała. Do tej wody nic nie dodają, więc jest tylko trochę mętnawa, a smaku prawie nie ma. Ale cały ten zestaw jest strasznie drogi, bo za dwa zestawy, 2 piwa i herbatę zapłaciliśmy 300Y! Chociaż jak potem upewniliśmy się, są miejsca, gdzie ta kaczka jest o wiele droższa. W Pekinie są nawet specjalne wykwintne mega restauracje nawet 3-4 piętrowe, gdzie podają kaczkę po-pekińsku i kosztuje jeden zestaw 200-300Y! Ale nawet nie jestem w stanie wyobrazić sobie, co oni muszą podawać razem z kaczką lub w jaki sposób, żeby tyle ona kosztowała.

Po obiedzie udaliśmy się na najbliższą ulicę handlową aby kupić mi (Dianie) czapkę dla wyprawy na Wielki Mur, bo Caren nastraszyła nas, że tam będzie bardzo zimno, w sumie jest głęboka jesień, więc mogło to być prawdą. Dodatkowo chcieliśmy kupić Władowi T-shirty, bo nie chciało się nam za dużo zabierać ze sobą z domu, a i prać nie bardzo się chce.

Kupiliśmy czapkę, ale niestety nie tak tanio jak chciałam, w cenach normalnie polskich. Pewnie dlatego, że jest to niby markowa czapka. Innych na tej ulicy nie było. A i tak strasznie długo targowaliśmy się, póki zeszli z ceny o 40%.

Jest już późno, a my jesteśmy wykończeni całodziennym łażeniem po mieście. Idziemy do hotelu w nadziei, że w jego okolicy wejdziemy do jakiejś knajpki na kolację. Niestety okazało się, że w okolicach 22-giej wszystko jest już zamknięte (przynajmniej to, co wygląda na knajpę, gdzie turysta może wejść ;)). Więc smutni idziemy do hotelu. Pytamy recepcjonistkę czy da się jeszcze coś gdzieś zjeść. Pani bardzo miła pyta co konkretnie chcemy zjeść - to co pierwsze i najprostsze przychodzi nam do głowy - ryż z jajkiem i ryż z wieprzowiną. Pani odpowiada: proszę zaczekać w pokoju. Ok.

Po około 15 minutach zjawia się w pokoju chińczyk z dwoma ogromnymi talerzami i pałeczkami i bierze od nas 16Y (ok. 5 zł)!! Nie wiem gdzie oni zdobyli te dania, bo w naszym hotelu nie ma restauracji, ale prawdopodobnie ta kuchnia jest najtańsza która może być - bardzo smaczne i bardzo dużo (wszystkiego nie zjedliśmy). I nie chcę wiedzieć w jakich warunkach oni to zrobili jeżeli to tyle kosztuje.

Najedzeni, zmęczeni i zadowoleni idziemy spać.

1.11.2007
Beijing

Dzisiaj jedziemy z Caren do Summer Palace, czyli Pałacu Letniego. Jest on już poza granicami miasta, ale da się tam dojechać autobusem za 2Y/os. Tak naprawdę jest to ogromny park z licznymi budynkami - pałacykami, świątyniami itd. 2/3 powierzchni parku zajmuje jezioro, dodatkowo park otaczają wzgórza, więc niektóre świątynie są wysoko. W miesiącach letnich cały dwór cesarski przenosił się tutaj. Park ten powstał w XI wieku, ale był zniszczony i odbudowany przez cesarzową wdowę Cixi, która była ostatnim przedstawicielem cesarstwa w Chinach. Była to bardzo dziwna i ekstrawagancka kobieta, która jadała 108-daniowe posiłki i za pieniądze przeznaczone na flotę morską wybudowała marmurową łódź, którą można dotychczas oglądać nad jeziorem. (Wiadomo, że nie pływa... ;). Jest tam też otwarty pasaż pokryty malowidłami (korytarz pod dachem) podobno najdłuższy na świecie (900m), aby spacerujący cesarze i ich żony nie byli narażeni na promienie słoneczne. Jak zawsze poszczególne budynki miały super odlotowe nazwy - np. Pawilon Życzliwości i Długowieczności, Pałac Cnoty i Harmonii, Pawilon Nefrytowych Fal, Pawilon Radości i Długowieczności.

Jedna z części parku wygląda jak Wenecja - podobno cesarzowa Cixi zechciała mieć u siebie Wenecję, więc zbudowali jej kanał na brzegach którego stoją budynki. W jednym z takich budyneczków była restauracja, gdzie zjedliśmy obiad. Ale niestety tak jak to bywa w turystycznych miejscach było drogo i niesmacznie. Za ryż, bakłażan, kurczaka w jakimś tam sosie i herbatę (na trzech) zapłaciliśmy 130Y. I w porównaniu z wczorajszym ryżem za 8Y taki sobie.

Pałac Letni zrobił na nas duże wrażenie - jest piękny i przyjemny. Można tam spędzić cały dzień spacerując po ogromnym terytorium, a w lecie można nawet popływać łódeczkami i rowerami wodnymi po jeziorze. Więc rozumiemy dlaczego cesarze spędzali tam całe lato.

Wracając autobusem do hotelu trafiliśmy w godziny szczytu, kiedy wszyscy wracali z pracy, więc były korki. Po zobaczeniu tego co się tam dzieje musimy stwierdzić, że w Warszawie korków niema 8). To jest przerażający bałagan na drodze 4-pasmowej w jedną stronę. Niestety wszystko w Chinach jest 10 razy większe, więc i dobre rzeczy i te złe.

Jest to nasz ostatni dzień z Caren, więc musimy rozliczyć się - 200Y za dzień. W hotelu spotykamy znowu Miszę z kolegą i umawiamy się na jutrzejszą podróż razem z nimi.

2.11.2007
Beijing - Mutianyu

Wyruszamy na Wielki Mur! Policzyliśmy z chłopakami, że wynajęcie samochodu z kierowcą wyjdzie naszej czwórce taniej niż kupowanie wycieczki w biurze turystycznym (280Y/os.). Więc po rozmowie z recepcjonistką za pół godziny czekał na nas chińczyk z samochodem. Niestety chińczyk nie mówi nic po angielsku ani rosyjsku (Misza nawet później sprawdzał czy naprawdę on nic nie rozumie mówiąc całkowite bzdury, ale ponieważ ten nawet nie mrugnął, stwierdziliśmy że faktycznie zna tylko chiński).

Prawie godzinę jechaliśmy do parkingu w Mutianyu. Jest to jedno z miejsc udostępnionych do zwiedzania na Wielkim Murze. Najbardziej popularne, a więc i najbardziej turystyczno-zatłoczone jest koło Badaling. Najmniej skomercjalizowany odcinek, i prawdopodobnie najfajniejszy, to Simatai i Jinshanling, ale tam jechać o wiele dłużej oraz na miejscu trasa jest trudna. W Simatai z zorganizowaną wycieczką była jedna dziewczyna z Anglii, którą spotkaliśmy w hotelu. Opowiadała straszną historię, jak przewodnik zaprowadził ich na mur i potem prawie pobiegł, aby zrobić całą zaplanowaną trasę. Za nim próbowała nadążyć cała reszta, ale ta biedna dziewczyna nie mogła, więc czekali na nią później na "wyjściu". Dodała też, że trasa jest bardzo stroma, więc to jest jak biegać po górach.

My wybraliśmy Mutianyu - wariant pośredni aby było niezbyt komercyjnie, a jednocześnie ciekawie. No i wiadomo, że zorganizowane wycieczki są wykluczone - nie po to przyjechaliśmy do Chin sami, aby na miejscu załatwiać zorganizowaną wycieczkę ;).

Wejście na mur kosztuje 45Y razem z małym CD. Mają nawet swoją stronę http://www.mutianyugreatwall.com. Dodatkowo 50Y kosztuje kolejka linowa w obie strony. Ale warto wziąć kolejkę, bo wejście na tą górę może zająć 2 godziny, no i jest strasznie męczące ;). W tym miejscu teren jest bardzo górzysty, a mur został wybudowany normalnie na grzbiecie gór. W związku z tym przejście się tym murem nie jest zwykłym spacerkiem. My chcieliśmy dojść do drugiej kolejki (jak nam się wydawało), którą zauważyliśmy w oddali. Niestety źle oceniliśmy odległość do tego miejsca i jak w końcu wypatrzyliśmy, że nie jest to kolejka linowa tylko krzesełkowa i prawdopodobnie nasze bilety na nią będą nieważne. Stwierdzenie, że musimy wracać, kosztowało nas dużego wysiłku powrotu pod górę ;(. Spędziliśmy w sumie na samym murze 3 godziny zwiedzając między innymi różne wieżyczki po drodze.

Po wyjściu z kolejki wiadomo - czeka cię przejście przez bazarek aby dotrzeć do parkingu. Sprzedają tam prawie wszystkie souveniry jakie da się wymyślić. Muszę przyznać, że chińskie pamiątki są bardzo ładne i rozmaite w odróżnieniu od większości, które spotkałam dotychczas w różnych państwach. Są też "zwykłe" turystyczne t-shirty, które po długim targowaniu się udało się kilka kupić dla Włada. W sumie kupujemy dlatego, że tylko takie turystyczne podkoszulki robią w Chinach w rozmiarze "prawdziwych" XXL. Zwykłe podkoszulki nawet jeżeli będą miały rozmiar XXL, to będą wyglądać jak europejskie M ;). Stwierdzam, że nieźle nam idzie z targowaniem się, chociaż zawsze odchodząc wydaje się, że można było jeszcze utargować. Pierwsza cena za 1! podkoszulek była 280Y!, a ostatecznie kupujemy 2 za 40Y! (i tak pewnie okrutnie przepłacając). Nieźle, co?

Oprócz tego udało nam się stargować z 500 na 100Y cenę za obrazek Wielkiego Muru wybijany kołkiem ręcznie w granicie. Gość robi to przy tobie, więc wiem, że nie jest to łatwe. W tym targowaniu się próbuje nam pomagać Misza. Chińczyk załamany, że nie chcemy dać więcej niż 100 z rozpaczy krzyczy łamanym angielskim - "Hand made!!!" i pokazuje na stanowisko pracy. A Misza z pełnym spokojem: "My money are also handmade!" ;)). Chińczyk już tego argumentu nie wytrzymał i ustąpił ;).

Dochodzimy do parkingu. "Nasz" kierowca już czeka, więc po przegryzieniu jakiś batoników ruszamy z powrotem. Stwierdzamy, że Wielki Mur jest najfajniejszym zabytkiem w Pekinie i jego okolicach. Są super-widoczki i jak się pomyśli kiedy go zbudowano i jakim kosztem, to robi wrażenie. Polecam. Warto.

W drodze stwierdzamy, że musimy pilnie coś zjeść, inaczej umrzemy z głodu. Od razu 100 m obok hotelu znajdujemy knajpę z wiszącymi czerwonymi latarniami, ubranymi na czerwono kelnerkami i mnóstwem ludzi (więc muszą dobrze karmić). Siadamy za dużym okrągłym stołem z obrotowym środkiem. Na nasze szczęście karta jest idealna - tzn. jest to ogromna książka formatu A3 ze zdjęciami prawie wszystkich potraw i tłumaczeniem na angielski. Super! Każdy zamawia sobie danie, ryż do niego, sałatkę i piwo. To był duuuuży błąd - otóż zapominamy, że w Chinach jeżeli przychodzisz w towarzystwie to zamawia się wspólne dania, tak aby wszyscy wszystko mogli spróbować. Więc ich porcje to ogromny talerz na 4 osoby!. W pewnym momencie to co nam przynosili przestaje mieścić się na stole. A my bardzo szybko przestajemy chcieć jeść. Ale dania wszystkie były rewelacyjne! I całkiem inne od tych co dają "chińczyki" w Polsce.

Spędzamy w tej restauracji prawie 3 godziny - szkoda zostawiać takie dobre jedzenie. Ale jednak nasza pojemność się kończy i płacąc za 2 osoby tylko 70Y! i zostawiając połowę na stole idziemy do hotelu. W Pekinie ta restauracja została naszą ulubioną na całą resztę podróży.

Wieczorkiem jeszcze tylko piwko na sofie w korytarzu hotelu i rozmowy z innymi turystami i spać.

3.11.2007
Beijing

Dzisiaj spędzamy cały dzień sami - bez Caren. Idziemy do sklepu audio, a po drodze zahaczamy o centra handlowe, których jest tu bez liku. Mało tego, w "normalnym" centrum handlowym powierzchnia jednego piętra jest mniej więcej wielkości dużego Carrefoura w Warszawie, tylko takich pięter jest zazwyczaj od 5 do 9-ciu. Poza tym każde piętro jest tematyczne, czyli np. na jednym piętrze są same buty, na drugim - same torebki. Taka ilość np. butów może przyprawić o zawrót głowy. Do tego zazwyczaj one się nie powtarzają - po prostu na jednym piętrze mogą sprzedawać buty np. 30-tu firm.

Dodatkowo muszę rozwiać utarte przeświadczenie które panuje w Europie, że chińskie rzeczy są kiepskie. To nie wszystko chińskie jest kiepskie, tylko europejczycy eksportują tylko kiepskie, bo najtańsze rzeczy z Chin. A naprawdę w Chinach istnieje mnóstwo firm produkujących bardzo dobre rzeczy, do tego o bardzo ciekawym wzornictwie. Wiadomo, że są one droższe niż te, które są sprzedawane w Polsce w supermarketach i na bazarach, ale jednak nadal tańsze niż polskie sprzedawane w galeriach handlowych.

Oprócz tego, wiadomo że sprzedają dużo światowych marek, i to zaczynając od zwykłych i kończąc na Haute couture, których jest w Chinach o wiele więcej niż w Polsce.

Cały dzień idzie nam na odwiedzenie sklepów audio, które są w Pekinie zlokalizowane w jednym rejonie, oraz zakupach kilku rzeczy dla mnie ;) ponieważ dla Włada niestety nie da się znaleźć odpowiednich rozmiarów, a szkoda 8-((.

4.11.2007
Beijing - Xi'an

Dziś lecimy do Xi'anu. Ponieważ mniej więcej za 1,5 miesiąca wrócimy do Pekinu do tego hotelu, zostawiamy tu reklamówkę z kupionymi rzeczami, aby nie wozić zakupów ze sobą. Managerka hotelu bez problemu na to się zgadza.

Na lotnisku ceny jedzenia są 5 razy wyższe niż na mieście, a jednocześnie hamburgery i sandwicze które oni tam sprzedają są ohydne. Ale cóż, nie jest to miejscowe jedzenie ;).

Zgodnie z opisem w przewodniku Pascala po wyjściu z lotniska bierzemy shuttle bus do centrum (za 25Y/os.), a stamtąd taxi do hotelu (6Y).
Hotel okazuje się być ogromnym wieżowcem na drugiej linii przy głównej ulicy, która przecina Xi'an na północną i południową część. Do tego wygląda na hotel dla chińskich biznesmenów. Więc z dogadaniem się trochę są kłopoty. Nie możemy zrozumieć dlaczego oni przeliczają dolary amerykańskie (w których mamy zarezerwowany hotel przez internetowy serwis) po bardzo niekorzystnym kursie, który do tego jest inny niż podany bieżący kurs na tablicy za plecami recepcjonisty. Po długich walkach w chińsko-angielskim i przeliczeniu, że różnica wychodzi ok. 10 złotych dajemy sobie spokój.

Po rozlokowaniu się w pokoju na 17-tym piętrze ;) wychodzimy obejrzeć okolicę. Jak zawsze w paru metrach od hotelu znajduje się duuuuże centrum handlowe. Na głównej ulicy same sklepy. Odchodzimy trochę od głównej ulicy i znajdujemy kilka baaardzo lokalnych knajpek.

Jedna z nich wygląda na bardziej "cywilizowaną", więc wchodzimy. No cóż..
Była to nasza pierwsza "walka o jedzenie", ponieważ w knajpie tej nikt nie mówił po angielsku i nie było menu ani z obrazkami ani z angielskimi nazwami.
Panie kelnerki przynoszą kartę - kartkę A4 z listą dań i cen. Ha-ha. Patrzymy na siebie z Władem, potem na kartę i nie wiemy czy się śmiać czy płakać. A kelnerka stoi przy stoliku i czeka póki coś zamówisz ;). Próbujemy jej powiedzieć (po angielsku wiadomo), żeby dała nam trochę czasu na zapoznanie się i nie czekała przy stoliku. Słowa nie rozumie, ale jakoś gestami udaje się do niej przemówić.

Wyciągamy przewodnik, rozmówki oraz listę tłumaczenia niektórych dań, którą wydrukowaliśmy przed wyjazdem (przez całą podróż mieliśmy je ze sobą, bo nigdy nie wiadomo kiedy się przydadzą).
Próbujemy porównując hieroglify znaleźć w karcie jakieś normalne danie. Znajdujemy znak ryżu gotowanego! Hura! Już przeżyjemy! Jednak reszta pozostaje nie rozpoznana :-(

Obieramy inną strategię. Pokazujemy kelnerce w rozmówkach niektóre dania napisane po chińsku, a ona mówi czy jest czy nie ma (już nauczyliśmy się od Caren, że "mej ju" oznacza "nie ma"). W ten oto sposób po 20 minutach walki udaje się nam zamówić warzywa, kurczaka z orzeszkami i warzywami, ryż smażony i 2 piwa. Nie wyobrażacie sobie, jakie to szczęście, kiedy po tak długiej walce przynoszą tobie smaczne jedzenie i dokładnie to co chciałeś...

W knajpce, wiadomo, stanowimy obiekt największego zainteresowania. Wszyscy - i załoga i klienci bardzo uważnie nam się przyglądają. Szczególnie ich bawi sposób w który używamy pałeczek (o dziwo mieli dla nas jednorazowe, a reszta jadła wielorazowymi). No cóż, mistrzami nie jesteśmy, ale to się zmieni (teraz już to wiemy).
Cała kolacja kosztowała nas 32Y (ok. 10 zł)! Bardzo tanio i smacznie.

Po powrocie do hotelu pod drzwiami pokoju znaleźliśmy kartkę z tekstem po angielsku od "Managera" hotelu, który przeprasza nas, że pracownicy nas obsługujący nie bardzo mówią po-angielsku, że oni nad zmianą tego pracują i jeżeli mamy jakiekolwiek pytania czy prośby, aby zwracać się do niego pod podany nr telefonu komórkowego.

Miłe. Tylko nie wiem czy taką informację oni dają wszystkim obcokrajowcom? Dlaczego wtedy jest ona napisana od ręki a nie wydrukowana (jak byłoby prościej). Szczerze mówiąc nie rozumiem też czemu hotel po angielsku nazywa się "Canaan International Hotel", jeżeli po angielsku mówi chyba tylko manager.

5.11.2007
Xi'an

Rano po obudzeniu stwierdzamy, że w pokoju jest strasznie zimno. W łazience niestety jeszcze zimniej, bo ma ona całą ścianę zewnętrzną ze szkła, a ogrzewania nie ma. Jak później zobaczymy, zimno jest prawie we wszystkich hotelach - bo klimatyzację oni mają, ale niestety zazwyczaj nie ma w niej, albo nie działa, ogrzewania.

Idziemy też na hotelowe chińskie śniadanie - no z tym będzie ciężko. Bo tak naprawdę na śniadanie oni dają prawie to samo co na zwykły chiński obiad, czyli ryż, warzywa duszone, tofu itp. oraz obowiązkowo ryżowy kleik z czymś zielonym w rodzaju szczypiorku. A chleba nie ma. tzn. rolę chleba spełnia ciasto ryżowe w postaci "poduszeczek" robione na parze. Nie powiedziałabym, aby było ono smaczne, raczej nijakie. Kawy zazwyczaj nie ma, a jak już jest, to jest okropna - jakby "american coffee" rozcieńczyli na pół wodą. Soków też nie ma. Więc zostaje herbata, którą pija się wszędzie.

Na początek spacerujemy trochę poza mur miejski, którym otoczona jest centralna część miasta. Mur robi wrażenie, ponieważ u podstawy ma 18m, a długość 12 km i ma 4 bramy pośrodku każdego boku kwadratu, przez które prowadzą ulice. Są na nim też wieże strażnicze i podobno górą murów kursuje wahadłowa kolejka elektryczna, ale niestety nie udało się nam jej znaleźć. Ale musimy się przyznać, że całej długości murów nie przeszukaliśmy.

Potem podjeżdżamy miejskim autobusem do "Świątyni Łaski" - Dacien Si wraz z Wielką Pagodą Dzikiej Gęsi. Świątynia należy do największych w Xi'anie i była założona w 647 r.. W poszczególnych komnatach są przepiękne buddyjskie rzeźby z różnych materiałów, ale najpiękniejsze są chyba z nefrytu. Wielka Pagoda ma ponad 60m wysokości, więc po długim i męczącym wejściu na ostatni jej poziom można zobaczyć panoramę miasta wraz z ciężkim smogiem wiszącym nad nim. Takie wrażenie, jakby ciągle była mgła, która mniej więcej po 10 metrach w górę pokrywa wszystko jak mleko.

Potem ruszamy do Muzeum Historii Shaanxi. Po drodze zahaczamy o piękny park gdzie jest mnóstwo współczesnych rzeźb przedstawiających trochę w satyryczny sposób zwykłe życie ludzi (np. obiad rodziny przy stole razem z pieskiem). Niesamowite. W Polsce takich rzeźb (a nie nudnych poważnych posągów) nie widziałam, a szkoda.

W muzeum jest bardzo dużo naczyń z różnych epok z brązu, ceramiki, kostiumy, ozdoby, ceramika grobowa, malusieńkie wyroby ze złota i srebra itd. Jak się pomyśli w którym wieku niektóre z tych rzeczy były wykonane, to robi to wrażenie.

Po muzeum wyruszamy do centrum. Tam u zbiegu czterech głównych ulic wznosi się dzwonnica miejska, gdzie znajduje się kolekcja kurantów i zrekonstruowany dzwon z brązu. Idąc główną ulicą na zachód od dzwonnicy mijamy bardzo podobną wieżę, ale jest to wieża bębnów: też z potrójnym okapem, ale z mnóstwem ogromnych bębnów pod nim.

Za Wieżą Bębnów wchodzi się do tzw. Dzielnicy muzułmańskiej, która zaczyna się bazarkiem z mnóstwem ciekawych owoców, warzyw oraz pamiątek. Niektóre z towarów nie jesteśmy w stanie rozpoznać, ale sprzedawcy dają spróbować. Takim sposobem kupiliśmy m.in. suszone rajskie jabłuszka i suszone figi w jakiejś panierce. Figi są całkiem smaczne, a rajskie jabłuszka po 5 sztukach się nudzą, chociaż nie są złe.

Wiadomo, w dzielnicy muzułmańskiej jest dużo muzułman oraz chińczyków z arabskimi rysami twarzy (podobno są to potomkowie żołnierzy arabskich z VIII w.). Na głównej ulicy tej dzielnicy jest dużo różnych arabskich knajpek, straganów. Jesteśmy już bardzo głodni i chociaż chcieliśmy znaleźć jakąś konkretną knajpkę z przewodnika, to nie starcza nam cierpliwości i wchodzimy do dwupiętrowego lokalu, gdzie widzimy bardzo dużo ludzi i w menu napisanym na tablicy na zewnątrz rozpoznajemy jedno angielskie słowo: "buns". I chociaż po angielsku oznacza to słodką bułeczkę, to w Chinach oznacza to pierożki lub coś w rodzaju nadziewanych knedli (my też nazywaliśmy to "dumplings"). Wewnątrz na parterze wygląda to jak stołówka z długimi stołami ze stali nierdzewnej. Podchodzą do nas jakiś kelner i migami zaprasza nas na 1 piętro. Ok. Idziemy. Na górze widzimy salę jak w normalnej restauracji ze stołami z obrusami, zero gości i ok. 15 osób kelnerów stojących w 2 rzędy przed jakimś jak rozumiemy szefem, który czyta coś w rodzaju listy obecności (przynajmniej tak to rozumiemy). Ciekawie to wygląda - jak w wojsku. Ale nie chcemy być sami w sali z 15-toma kelnerami, więc schodzimy z powrotem do stołówki.

Przy tablicy z obrazkami (prawie jak w McDonaldzie) tykamy palcami w obrazki i udaje się nam zamówić i zapłacić za jakieś dumplingsy. Dają nam zamówione napoje i rachunek z kasy i pokazują abyśmy usiedli. Ponieważ miejsc nie ma za dużo przysiadamy się naprzeciwko jakiejś młodej pary. Pani roznosząca i sprzątająca sprawdza co mamy wykupione na rachunku i przynosi wielorazowe pałeczki, miseczki i sos. Po jakiejś chwili z kuchni za nami kucharz krzycząc coś wynosi ogromną buchającą parą wieżę plecionych pojemników na dumplingsy o wysokości około 2 metrów!. Obsługująca nasz stolik pani bierze jeden z pojemników i rzuca na nasz stół. Po minucie całą wieżę rozchwytują inni. Co parę minut z kuchni wynoszą kolejne wieże o innych smakach.

Po pobieżnych oględzinach podanych nam pałeczek i obserwacji, jak pani sprzątająca je myje obok nas, płucząc 10 sekund w dużej misie z brązową wodą, wyciągamy nasze własne. Już zdążyliśmy zakupić w supermarkecie własne pałeczki i nosimy je ze sobą. W niektórych knajpach są co prawda jednorazowe, i wtedy nie potrzebujemy naszych, ale w takiej jak ta jednorazowych nie ma, więc jeżeli miejscowe nie wzbudzają zaufania, to lepiej użyć własne.

Dumplingsy nawet smacznie pachną, ale jest to pierwszy raz kiedy musimy jeść pierożki pałeczkami. Na początku nawet nie bardzo wiemy jak do tego podejść, więc obserwujemy parę z naprzeciwka. Oni zauważyli to i zaczęliśmy rozmowę - na szczęście oni mówili trochę po angielsku. Okazuje się, że każdy z nich trzyma pałeczki inaczej, a do tego preferujemy z Władem różne szkoły trzymania i korzystania z pałeczek (otwocka i falenicka ;-), czyli tak samo jak oni.

Więc przy pomocy tej pary najadamy się do syta bardzo smacznymi dumplingsami. Mi najbardziej smakują w mięsem wieprzowym i ziołami. Przy okazji stanowimy ogromną atrakcję dla całej sali, ponieważ jesteśmy jedynymi białymi, więc wszyscy wpatrują się w nas nie przerywając jedzenia ;). Za całą ucztę (2 tacki po 10 dumplingsów + 2 Nestea) płacimy 22Y, czyli ok. 7 zł! Co za ceny! ;).

Jest to bardzo przyjemny koniec dnia.

6.11.2007
Xi'an

Dzisiaj cały dzień poświęcamy na Terakotową Armię. Chociaż większość turystów (a szczególnie chińskich) wykupuje wycieczkę do Terakotowej Armii, to my jak zawsze docieramy tam (28 km od Xi'anu) autobusem miejscowym z dworca kolejowego.

Na miejscu jest ogromny parking dla samochodów, a przede wszystkim dla wycieczkowych autobusów. Przy wejściu co chwila podchodzą panie ubrane w garniturki z plakietkami i pytają czy nie chcemy angielskojęzycznego przewodnika. My lubimy chodzić wszędzie sami, więc odmawiamy. Tym bardziej z biletem dają mapkę całego terenu, więc można spokojnie się zorientować gdzie trzeba iść. A iść niestety od wejścia trzeba prawie 2 km!

Właściwa i największa Terakotowa Armia jest prezentowana w ogromnym hangarze, gdzie są ponad tysiąc figur żołnierzy, generałów i samych koni. Między rzędami odkopanych figur znajdują się również rzędy nie odkopane. Każda z figur ma inną twarz, więc jest teoria, że była to kopia prawdziwej istniejącej wtedy armii. Obok hangarów jest też muzeum, gdzie można oglądać rydwany z brązu znalezione razem z Armią.

Ogromna ilość tych figur oraz fakt, że każda z nich ma inną twarz robi ogromne wrażenie (chociaż na Władzie mniejsze ;-). Ale warto to zobaczyć.
Już na terenie samego zabytku są sklepiki z pamiątkami gdzie oprócz pocztówek i slajdów można kupić kopie terakotowych figur zminiaturyzowane i w skali 1:1. Zastanawiam się tylko, jak takie coś można dowieść do domu i gdzie ci co to kupują taką figurę w domu umieszczają? Hmm, nie wiem...

Wieczorem jedziemy specjalnie na pokaz "tańczących fontann". Poprzedniego dnia obok Wielkiej Pagody Dzikiej Gęsi o 12:00 zobaczyliśmy show ogromnych fontann do muzyki. Było to piękne i spektakularne w swoim rozmachu, bo fontanny są mniej więcej na terytorium 200x50 metrów umieszczone kaskadowo i ruszają się odpowiednio do klasycznej muzyki. A wieczorem to show jest jeszcze dodatkowo kolorowe. I nie rozczarowaliśmy się. Wieczorem było jeszcze piękniej, tylko ludzi 10 razy więcej. Bo widać, że takich jak my, przyjeżdżających specjalnie na ten pokaz jest bardzo dużo.

Na kolację w tym dniu trafiliśmy do małej knajpki niedaleko naszego hotelu, ale w bardzo dziwnej okolicy. Ta knajpa była jedyna wśród mnóstwa innych, którą mogliśmy jako-tako zaakceptować pod względem czystości. Po angielsku jak zawsze nikt nie rozmawia, więc spędzamy pół godziny na ustaleniu co chcemy jeść. Na szczęście na drzwiach wisi zdjęcie lokalnej potrawy - kociołek z jakąś mieszanką. Wybieramy kurczakową (są jeszcze rybne). Znowu jesteśmy miejscową atrakcją. Jak rozumiemy, nie często do nich przychodzą biali, więc wszystkie kelnerki nic nie robią, tylko stoją i patrzą na nas i na to jak sobie radzimy pałeczkami. "Hot pot" jak nazywają to danie Anglicy lub angielskojęzyczni chińczycy w tej knajpie jest bardzo smaczny. Powiedziałabym nawet że jest najsmaczniejszy z pozostałych hot potów które jedliśmy w Chinach.

Xi'an się nam podoba. Jedynym jego minusem jest smog nad miastem. Ale kuchnia, ludzie, zabytki są super. Jest to jedno z miast do których chciałoby się jeszcze wrócić.

Drukuj

Portfolio